Toteż zdziwiliśmy się obaj niepomiernie, skoro oczom naszym ukazał się nagle kominek, z dala już krwawiący się mnóstwem rozżarzonych węgli i królujący, jak podczas najsroższej zimy, na trawniku przed drzwiami majora.
Paliło się na nim co najmniej pół pnia sosnowego, a płomienie buchały wysoko i sięgały prawie do okien sypialni.
Jim i ja otwieraliśmy szeroko oczy, istotnie nie mogąc uwierzyć, we śnieli44 to czy na jawie, jednak ogarnęło nas prawdziwe osłupienie, kiedyśmy ujrzeli majora, wychodzącego z domu ze sporym garnkiem w ręku, za nim zaś jego siostrę, staruszkę, zajmującą się dotąd całym gospodarstwem, potem jeszcze dwie służące i dziwny ten orszak jął wyprawiać nad ogniem dziwaczniejsze jeszcze gesty.
Zdawało nam się, żeśmy obaj dostali pomieszania zmysłów.
Toż był to człowiek starszy już, zasłużony, cieszący się powagą całej okolicy i nagle przedzierzgał się w czarnoksiężnika, odprawiającego jakieś trudne do pojęcia gusła i wstrząsającego kwartą nad — w szacunku posiwiałą — głową.
Ruszyliśmy ku nim pędem.
Major dostrzegł nas zaraz i zamaszyściej jeszcze wywijał swym garnkiem.
— Pokój! — wołał z uniesieniem. — Wiwat! Dzieci! Pokój!
Na dźwięk tego krótkiego wyrazu — niby za skinieniem różdżki czarodziejskiej — i my również zaczęliśmy tańczyć i śpiewać, bo odkąd tylko mogliśmy spamiętać, paliła się wojna, wojna, wojna.
Aż wyczerpała wszystkich. Złowieszczy cień tak długo przesłaniał tę ziemię, że skoro się rozwiewał, uczuliśmy wprawdzie radość, ale przede wszystkim, i głębiej — zdziwienie.