Odziany był starannie i nawet szykownie, w jakiś brązowy kostium z mosiężnymi guzikami, nogi jego obciągały zgrabnie długie buty, teraz spękane i pomarszczone, zapewne od dłuższego wpływu wody morskiej.
Twarz i ręce miał tak ciemne, że z łatwością mógłby uchodzić za Hiszpana albo jakiego tam innego południowca, skoro jednak zdjął kapelusz, by nam się ukłonić, ujrzeliśmy czoło białe i niezwykle delikatne, brunatna cera była zatem spalenizną.
Popatrzył na mnie i na Jima uważnie, badawczo, a z szarych oczu przebijał się wyraz, którego nie widziałem dotąd nigdy. Przy tym pytanie jego było wprawdzie zrozumiałe, jednak zadane tonem, w którym ukrywała się jakby pogróżka, rzekłbyś, że odpowiedź nie będzie grzecznością, ale pewnego rodzaju nakazem.
— Czy Wielka Brytania? — powtórzył, niecierpliwie uderzając obcasem o głazy.
— Tak — odparłem uprzejmie, a Jim wybuchnął głośnym śmiechem.
— Anglia? Szkocja?
— Szkocja, ale po drugiej stronie tych drzew zaczyna się ziemia angielska.
— Doskonale! Przynajmniej wiem teraz, gdzie jestem! Mgła mnie zaskoczyła na morzu i błądziłem trzy dni bez busoli — objaśniał śpiesznie nieznajomy. — Nie spodziewałem się już ujrzeć ziemi.
Mówił bardzo biegle po angielsku, od czasu do czasu uderzały mnie tylko dziwne zwroty w zdaniach.
— Skądże pan jedzie? — pytał Jim zdziwiony.