— Przedtem byłem na okręcie, który, niestety, zatonął — oznajmił obcy trochę szorstko. — Jak się nazywa to miasto?
— Berwick.
— Bardzo dobrze! Chciałbym odpocząć trochę, zanim ruszę dalej.
Wykonał pół obrotu w stronę statku i nagle zachwiał się tak mocno, że upadłby z pewnością, gdyby nie zdążył uchwycić się dziobu.
Przysiadł na nim ciężko, twarz powlekła mu się natychmiast ciemnopurpurową barwą, oczy błysnęły dziko jak u zwierza, potem spojrzenie zmętniało...
— Voltigeurs de la Garde!!49 — krzyknął głosem donośnym i dźwięcznym niby granie trąby. I raz jeszcze:
— Voltigeurs de la Garde!
Zerwał kapelusz z głowy i podniósł go wysoko, potem raptownie, z podaną naprzód twarzą, zwalił się brunatną, bezkształtną plamą na białawy piasek.
Horscroft i ja patrzyliśmy przez chwilę ze zdumieniem.
Niespodziane przybycie tego człowieka było takie dziwne, dziwniejsze jeszcze zapytania i teraz ten nagły wypadek!