Nie odrzekł mi nic, tylko zdjął kapelusz i skłonił się z niewypowiedzianą gracją. Tymczasem Jim Horscroft schwycił mnie za rękaw i nieznacznie pociągnął na stronę.

— Oszalałeś, Jocku! — jął perswadować niezadowolonym szeptem. — Ten jegomość niezawodnie musi być awanturnikiem. Po co się będziesz mieszał w cudze sprawy? Co ci do głowy strzeliło?!

Z natury jednak byłem najbardziej może upartym człowiekiem pod słońcem, przy tym najpewniejszym środkiem skłonienia mnie do „pójścia naprzód” było — ciągnąć w tył z całej siły.

— Dlatego właśnie, że jest obcy, uważam za swój obowiązek czuwać nad nim — odciąłem się dosyć zgrabnie.

— Bacz52, żebyś nie żałował! — rzucił szorstko.

— I to nawet być może.

— Więc jeśli cię nic nie wzrusza, mógłbyś mnie usłuchać, choćby przez wzgląd na Edie!

— Edie doskonale może pilnować się sama!

— Róbże zatem, jak chcesz i niech cię diabli porwą! — wybuchnął w uniesieniu najwyższego gniewu.

I wykręciwszy się tylko na pięcie, bez pożegnania i krokiem zdradzającym wielkie wewnętrzne rozjątrzenie — puścił się w kierunku wzgórz, które osłaniały domek jego ojca.