Nie wyglądał jednak na uradowanego, przeciwnie, brwi ściągnął i na chwilę przysłonił nimi swoje przenikliwe oczy.
— Czy pan jest Francuzem? — odważyłem się w końcu zapytać.
On tymczasem ujmował czarny worek i zarzucił na ramię swój płaszcz granatowy.
— Jestem Alzatczykiem — wyrzekł z wolna — ci zaś, jak panowie wiecie, zaliczają się raczej do Niemców. Ja osobiście zwiedziłem przy tym tyle krajów, że w każdym czuję się prawie u siebie. Kiedyś byłem zapalonym podróżnikiem. Ale mniejsza o to. Jak pan myślisz, gdzie najniezawodniej znalazłbym mieszkanie?
Dziś, poprzez odległość trzydziestu pięciu lat blisko, które ubiegły od owych obfitych w następstwa wydarzeń, trudno mi będzie, trudniej nawet, niż przypuszczałem, oddać wiernie wrażenie, jakie uczynił na mnie ten szczególny człowiek.
Zdaje się, że mnie od pierwszej chwili natchnął dziwną nieufnością, a jednak wywarł zarazem jakiś niezrozumiały urok, który mimo woli napełniał przyjazną sympatią.
W całej jego powierzchowności, we wzroku, w ułożeniu, w sposobie wysłowienia się — przebijało coś, czego wprawdzie nie umiałem nazwać, co jednak zasadniczo różniło się od wszystkiego, com widywał dotąd.
Jim Horscroft był silnym i pięknym mężczyzną, major Elliott zasłużonym, dzielnym niegdyś, żołnierzem, a przecież obu brakło tego nieuchwytnego czegoś, co posiadał nieznajomy — żywego, dziwnie przenikającego spojrzenia, dumnego blasku w oczach, wreszcie owej szlachetnej, niedającej się nawet opisać dystynkcji.
Przy tym — uratowaliśmy mu życie — leżał nam u nóg, siny, oddający prawie swe ostatnie tchnienie, więc jakoś trudno było nie zmięknąć wobec człowieka, któremu się oddało tego rodzaju przysługę.
— Jeśli pan zechce pójść ze mną — odezwałem się z lekkim wahaniem — jestem prawie pewien, że mógłbym znaleźć panu jakie takie pomieszczenie na dni kilka. Potem pan się rozpatrzy i postanowi już coś stanowczego.