Spojrzałem na Jima ze szczerym zdumieniem, skądże znowu coś podobnego przyszło mu do głowy?

Przybyły zmierzył go od stóp do czubka włosów zimnym, ukośnym wzrokiem, z miną znawcy.

— Na honor: byłbyś przepysznym grenadierem! Pour une compagnie de flanc! — rzekł z uśmiechem, ciszej. — Co zaś do pytań, które pan zadajesz, mógłbym srodze się o nie pogniewać, gdyby chodziło o kogokolwiek innego: pan przecież ma niezaprzeczone prawo do wyjaśnień, ze względu na poprzednie, szlachetne obejście się ze mną. Nazywam się Bonawentura de Lapp. Jestem żołnierzem i z zamiłowania podróżnikiem, czcigodni panowie, i przybywam z Dunkierki, jak to możecie sprawdzić wypisane wielkimi literami z boku statku.

— Zdawało mi się, że pan uratował się z rozbicia? — wtrąciłem prawie mimo woli.

Ale zmieszałem się zaraz, bom spotkał niezmącone, uczciwego człowieka znamionujące, spojrzenie.

— Tak właśnie było — objaśnił porywczo. — Ale okręt płynął z Dunkierki, a to jest jedna z jego szalup. Załoga ratowała się w wielkiej, żaglowej łodzi, statek zaś pogrążał się tak szybko w wodę, że już nie zdążyłem nic ocalić z katastrofy. Rzecz miała miejsce w poniedziałek.

— A dziś czwartek! — zawołałem ze współczuciem. — Trzy dni pan się błąkał bez wody i żywności!?

— W istocie, to cokolwiek długo — potwierdził bolejącym tonem. — Wprawdzie kilkakrotnie już znajdowałem się w podobnym położeniu, zawsze jednak krócej. A teraz — dodał spokojniej — może byśmy zostawili tu mój zbawczy statek i zobaczyli, czy nie mógłbym nająć mieszkania w którym z tych szarych domków, widniejących tam, na pochyłości. Co znaczy ogień, błyskający spośród tamtych sosen?

— Rozpalono go u jednego z sąsiadów, który bił się kiedyś z Francuzami — pośpieszyłem z chętnym objaśnieniem. — Ma wyrażać radość z powodu zawartego niedawno pokoju.

— Ach, więc posiadacie i takich!? Proszę, bił się z Francuzami — podchwycił nieznajomy trochę szorstko. — Niezmiernie się z tego cieszę, gdyż i ja, w rozlicznych przygodach, łyknąłem coś niecoś tej wojny.