Potem legł nad brzegiem i pił tak długo, żeśmy się obawiali, iż nigdy nie skończy.
Długa, ciemna, pomarszczona szyja wyprężała się na podobieństwo karku konia, za każdym łykiem dochodziło nas głośne mlaskanie wargami.
Na koniec dźwignął się, odetchnął przeciągle, głęboko i otarł wąsy mankietem rękawa.
— Lepiej mi — powiedział raźno. — Czy moglibyście użyczyć mi cokolwiek do zjedzenia?
Szczęśliwym trafem miałem w kieszeni dwa spore kawałki maślanego placka. Nieznajomy porwał je zgłodniałym ruchem i połknął w mgnieniu oka.
A potem wyprostował łopatki, wydął piersi i z rozkoszą przeciągnął dłonią po zapadłych bokach.
— Winien wam jestem wiele — odezwał się z wdzięcznością. — Okazaliście się dobrzy dla obcego. Ale widzę, żeście rewidowali mój worek?
— Myśleliśmy, że znajdziemy tam wino lub wódkę. Szukaliśmy, kiedy pan omdlał, bo na razie nic innego nie było pod ręką — tłumaczyłem zakłopotany.
— Niewielkie to sumy — szepnął nieznajomy z nagłym zamyśleniem w oczach. — Jakby tu powiedzieć?... Trochę oszczędności... Nic prawie. Myślę jednak, że wystarczy, zanim coś sobie znajdę do roboty. Zdaje mi się, że to spokojne strony i może mógłbym tu osiąść. Trudno żądać cichszych okolic, zdrowszego klimatu, a choćby piękniejszego położenia. Daleko od miasta... Angielski gendarme nawet nie miałby tutaj co robić — dokończył półgłosem i jakby do siebie.
— Za pozwoleniem. Nie wiemy jeszcze, kto pan jesteś, skąd przybywasz i czym51 byłeś? — odezwał się Horscroft nieufnie.