— Powinienem wyprawić kilka listów i to jak najprędzej — wyrzekł z wolna. — Zabierze mi to cały ranek, zatem: do widzenia.
Rozstaliśmy się i przez kilka godzin musiałem uganiać się po pochyłościach, ale z myślą całkowicie pochłoniętą przez wczorajsze wypadki i tajemniczą osobistość nieznajomego.
Skąd to rozkazujące wejrzenie, skąd wyniosły i groźny wyraz siwych oczu, skąd te szlachetne maniery i wykwintne ułożenie?
A owe przygody, o których wspominał z taką niedbałością, takim obojętnym tonem, w jakimże burzliwym istnieniu mogły się zawierać? Jakie niezwykłe musiało być jego życie!
I dla nas okazywał się taki serdecznie uprzejmy, przemawiał z taką wyszukaną grzecznością — tak widoczne było, że pragnie ująć każdym słowem — a jednak, jednak nie umiałem, nie mogłem pozbyć się nieufności, którą mnie napełniał dziwny wyraz tych dumnych, orlich oczu.
Prawie że uznawałem w duchu, jako Jim Horscroft miał słuszność, i chwilami wyrzucałem sobie wprowadzenie do domu ojców człowieka z nieznaną przeszłością.
Kiedym dnia tego powrócił do domu, zastałem mego gościa tak oswojonego z otoczeniem, jakby tu się urodził i tu, nie gdzie indziej, spędził całe życie.
Siedział w wielkim fotelu z drewnianymi poręczami, który od niepamiętnych czasów stoi przy kominku, i trzymał czarną kotkę na kolanach.
Ręce rozstawił szeroko — otaczał je duży motek wełny, którą matka z przejęciem zwijała w kłębuszek.
Tuż przy nich ciemniała żałobna suknia Edie, siedzącej z pochyloną głową i zaczerwienionymi od płaczu oczyma.