— Miałaś jakie zmartwienie? — spytałem łagodnie.

— Uchowaj Boże! — podchwycił ze współczuciem nieznajomy. — Tylko mademoiselle ma tak czułe serce, jak wszystkie prawdziwe, pełne szlachetnych porywów kobiety. Nigdy bym nie przypuścił, że do tego stopnia wzruszy ją moja opowieść: nie byłbym zaczynał, gdybym mógł przeczuć następstwa! Opowiadałem paniom o cierpieniach, na jakie narażały się wojska, zmuszone przebywać góry Guadarama w czasie uciążliwej zimy. Patrzałem na to własnymi oczyma! Potężny to grozą widok! Wicher porywał nieraz pojedynczych ludzi i niósł nad przepaścią, niekiedy nieszczęśliwi roztrzaskiwali się o twarde skały, często dosięgali tamtego brzegu otchłani, ale i wtedy zwykle kończyło się śmiercią, gdyż ścieżki były śliskie i gładkie niby tafle lodu, nigdzie o co się zatrzymać, czegoś chwycić! Całe pułki szły zwartymi szeregami, jedni z drugimi krzyżowali ręce i wtedy jako tako stawiali opór nawałnicy. Kiedyś jednak... pamiętam... dłoń pewnego artylerzysty została w mojej, ledwiem53 zdążył ująć... Zgangrenowana była od trzech dni z powodu straszliwego mrozu...

Słuchałem z rozwartymi szeroko ustami.

— Wytrawni, zaprawni w bojach grenadierzy walczyli z owymi trudami z jakąś głuchą zaciętością, a i tych wreszcie ogarniała rozpacz, stygł zapał, marła chęć poświęceń. A skoro z bólu i umęczenia zostawali w tyle, chwytało ich rozżarte chłopstwo, ćwiekami przybijało do wierzei stodół, zwykle głową do ziemi i rozpalało pod nieszczęsnymi wolno podsycany ogień... Groza brała patrzeć na marną zgubę tego, słynnego z bitności, żołnierza. Za wojskiem jęły wkrótce wlec się mary owych czynionych okrucieństw i taki lęk je zdejmował na samo wspomnienie mąk nieludzkich, że potem, skoro który żadnym już wysiłkiem nie mógł zmusić się do marszu, zwalniał wprawdzie kroku z rezygnacją, lecz po to tylko, by zmówić modlitwę i oprzytomnieć trochę na jakim porzuconym siodle, albo na własnym tornistrze. Potem zaraz zdejmowali pończochy i buty, opierali podbródek na wylocie karabina, trącali cyngiel wielkim palcem lewej stopy — paff! — i było po wszystkim. Nie potrzebowali już obawiać się najgorszej choćby wojny. Och! Krwawa bo robota szła w tych niegościnnych górach!

— Czyje to były wojska? — pytałem ciekawie.

— Ba! Niełatwa odpowiedź, młody przyjacielu! Tyle już widziałem armii, przez tylem54 krajów się przewinął, że sam teraz nie mogę się w owych wspomnieniach połapać. Jakie bo moje oczy oglądały wojny! I waszych Szkotów spotykałem kilkakrotnie przy robocie! Twarda piechota, ani słowa. Tylko, sądząc po nich, myślałem dotąd, że u was tu wszyscy noszą... jakże to się nazywa... spódnice?

— To są kilty, używane wyłącznie w północnej, górzystej części Szkocji — objaśniłem, uśmiechając się pomimo woli.

— Ach, więc w górach — powtórzył zamyślony. — Ale oto dostrzegam przed domem jakiegoś człowieka. Może to ten, który miał podjąć się odstawienia mych listów na pocztę, jak mi to obiecał pański ojciec?

— Właśnie. Jest to chłopiec dzierżawcy Whiteheada. Czy pan życzy sobie, żebym mu osobiście doręczył te listy? — spytałem, widząc, że wyjmuje z bocznej kieszeni surduta kilka zaadresowanych kopert.

— Odgadłeś, młody przyjacielu — odparł z wesołym uśmiechem. — Myślę, że z rąk twoich nierównie większą będą miały wagę i zostaną doręczone pewniej, a pragnąłbym móc liczyć na to.