— Proszę pana — odparł słodkawo — w Ameryce nie pyta się o nazwisko i krewnych.

Dobry ksiądz Anzelm z niewzruszoną łagodnością wziął mnie w bardzo troskliwą opiekę i z miejsca ofiarował mi proszki, pigułki, ziółka, wszystko bardzo skuteczne i bardzo cudowne.

Nie widziałem człowieka, który by z równą słodyczą i powagą prawił tyle rzeczy od rzeczy i tyle do rzeczy.

Z łagodnym uśmiechem, patrząc na mnie poczciwymi oczyma, mówi słodko po zachodzie słońca:

— Chodźmy, panie do kajuty (nb.39 brudnej, ciasnej, dusznej), tu niebezpiecznie, można dostać febry40.

— Dziękuję, zostanę na pokładzie.

— A to weź pan chininy41; oto kapsułka, zaopatrzyłem się w Bostonie.

— Dziękuję, czuję się zdrów.

— Nie należy tak mówić, życie i zdrowie w ręku Boskim, nie nadużywaj Opatrzności... weź pan... tylko połknąć i pomoże.

— Dziękuję, nie lubię lekarstw... Czy widzi ksiądz tę śliczną fosforescencję?