I te nieustanne uwagi higieniczne przy jedzeniu:
— Tego nie radzę jeść... O, proszę nie pić... Na to nie pozwolę, z tego ból... żołądka... głowy... serca... oczu... rąk i nóg...
Oczywista, wszyscy i wszystko, jest lepsze, doskonalsze, zdrowsze... „u nas w Texas66... u nas w Bostonie... u nas w Chicago...”, a przy tym zawsze łagodny, dobry, poczciwy i oszczędny.
Z Brazylijczykami trzeba się koniecznie targować: to zasada, której trzyma się stale, i pierwsze słowa po usłyszeniu ceny są nieodmienne: o muito caro! (za drogo) — jedyny frazes67 brazylijski, którego się nauczył dotychczas.
Kolej do Rio Negro68 (161 km), posiadając zagwarantowane od rządu 7%, nie dba zupełnie o rozwój i pociągi osobowe wysyła co drugi dzień. Z tego powodu zawsze ścisk na kolei i pogoń za miejscem. Nie mogąc dostać się do kasy, uprosiłem księdza Anzelma, by kupił bilet i dla mnie. Ksiądz żąda biletów do Rio Negro, urzędnik wymienia należną sumę.
— O, muito caro! — woła ksiądz odruchowo i chowa pugilares.
Kasjer wybucha gniewem, następnie usuwa księdza, i z trudnością dobiliśmy się biletów.
W wagonie ks. Anzelm, chcąc mi widocznie zrobić przyjemność, prowadzi rozmowę literacką:
— Czy czytał pan Zolę69?
— ?