Do Luceny76 jeszcze trzydzieści trzy kilometry końmi, i po długich dopytywaniach, odnajduję zajazd Luceniaków u Andréego, Żyda z Rosji, udającego niezgorzej, naturalnie Brazylijczyka. Wynajmuję wielką budę towarową, należącą do kolonisty Polaka, zaprzężoną w cztery wcale dobre konie.
Przed naszym wyjazdem raniutko na drugi dzień zjawia się w zajeździe młoda kobieta, żona pracującego przy kolei i prosi naszego furmana, rosłego, silnego szatyna z brodą, o podwiezienie jej do rodziców.
— A proście pana — i zwraca do mnie przyjemną twarz, ze szczerym, dobrym uśmiechem.
— Spytam księdza, pewno pozwoli.
W głębi, pod budą płócienną, siedzi ksiądz Anzelm; usłyszawszy propozycję, zawołał z energią, której nie przypuszczałem:
— Co? Ja? Ksiądz? Z kobietą?!
— Spieszno jej do rodziców...
— Nie, nigdy, niech zostaje, niech idzie pieszo, ale nie ze mną!
— Tyle miejsca...
— Wiem ja, wiem, do czego prowadzi kobieta! — woła z błyszczącymi od gniewu oczyma. — Wszystko złe od niej... wybieraj pan: albo ja, albo ona!