— A gdzieżby? Do Ameryki.
— Do której? Północnej czy do Brazylii?
— Alboż ja wiem? Agent dał bilet; może mój wie, ja nie wiem.
W przeważającej liczbie chłop, zwłaszcza z Galicji Wschodniej, nie wie, dokąd jedzie i powtarza uporczywie: do Ameryki. Miałem w ręku list pisany z Argentyny, kolonia Missionas, w którym po zwyczajowym początku pisze kolonista, że: „Chwała Bogu, tu w Kanadzie jest nieźle, jeść jest co, tylko o pieniądze trudno...”, a kończy podaniem adresu: „Ameryka, Kanada, kolonia Missionas”.
— Co pan tam będzie gadał z babami! — woła niski, przysadkowaty Mazur10. — Chodź pan do nas!
— Pan też do Ameryki?... Za chlebem?... Panu to ta11 ciężko będzie, bo tam chcą ino12 chłopów; tam nie ma pana ani Żyda, ani podatków, tam kończy się wasze panowanie...
Głośny śmiech zadowolenia, radości i złotej nadziei rozlega się wśród podnieconych emigrantów.
— Na pohybel panom i Żydom! — woła chłop, wznosząc w górę kieliszek wódki.
— Cichajta!13 — miarkuje go Mazur. — Toż i ten pan jedzie za chlebem, bo mu tu ciężko.
Jaki taki wzdycha i podnosi się gwar skarg na biedę, nędzę, złą dolę. Urojone i prawdziwe krzywdy płyną falą skargi i żalu. Na tęsknotę do kraju, którego macosze traktowanie mają żywo w pamięci, jeszcze za wcześnie; przeciwnie, radość i rozczulenie wzmaga się podniecane kieliszkiem.