Z tłumu wysunął się emigrant w spencerze14 i biorąc kufel piwa, zawołał gromko:
— Zaś15 hoch16 Ameryka! Wiwat! — i przy dźwiękach katarynki sunąc do bufetu, krzyknięto radośnie:
— Wiwat Ameryka!!
W drodze
Wyjeżdżamy z Bremerhaven17 na pełne morze. Po niebie przewalają się szare i ciemne chmury, pędzone wiatrem zachodnio-północnym, który kiedy niekiedy siecze zimnym, jesiennym deszczem. Wielkie fale uderzają o siebie z głuchym łoskotem, wyrzucając białą pianę. Okręt, niedostatecznie wyładowany, zaczyna tańcować, a wśród szumu morza, poświstu wiatru, nieustannego huku fal, warczenia machiny parowej rozlega się gwizdawka oficera i marynarze, słaniając się na wszystkie strony, śpieszą po rozkazy. Na pokładzie pusto, ciemno; czasem bryźnie fala, okręt się zakołysze, wiatr z deszczem zagra na wyciągniętych linach masztu i znów szum, zajadłe uderzenia o okręt i huczące zapasy z nawrotami fal. Służbisty steward18, chociaż pasażerowie siedzą po kajutach, dzwoni zawzięcie znak podawania obiadu, który zaczyna się milczeniem, a z jadących parowcem siedzi przy stole sześciu gości. Kapitan niski, krępy kręci szpakowatą brodę, patrzy po pustych krzesłach i mówi z głośnym śmiechem:
— Dopiero siedem, a już chorzy; co będzie dalej?
W odpowiedzi śmieją się z tego dowcipu, jak przystało na podwładnych, starszy mechanik okrętowy i doktor, elegancki, ładnie ubrany blondyn.
— Co znaczy siedem? — pyta mały, poważny Niemiec, nauczyciel z San Paulo w Brazylii.
— Siedem!? — śmieje się wesoło kapitan. — To cyfra19, potem idzie osiem... dziewięć...
— Następuje — dodaje mały profesor — dziesięć, jedenaście, dwanaście, trzy...