— Niechże Bóg da zdrowie, że pan przyjechali! — wołał, ściskając rękę serdecznie.

Dom ani gorszy, ani lepszy od innych, może tylko staranniej utrzymany. Z lewej strony przed domem palma, z prawej, za sztachetkami, wysoki, osypany kwiatami oleander, dalej drzewo mirtowe i sad z fig, pomarańcz, czereśni (portug. cereja) i śliwek (portug. ameixas), ani tak smacznych, ani przyjemnych, jak nasze; w głębi za domem sosny brazylijskie.

Wyszła i gospodyni, matka czworga dzieci, zapraszając do domu.

Z sieni, idącej na przestrzał, z lewej strony mała kuchenka, w której nikt nie sypia, obok pokój do przyjęć; naprzeciw kuchni z prawej — sypialnia, a dalej warsztat gospodarski.

W świetlicy krzesła wyplatane i gładkie, z foremną, drewnianą kanapką, stolik nakryty serwetą, na ścianie Matka Boska Częstochowska, św. Anna i św. Józef, jakieś zblakłe fotografie i lusterko.

Gospodyni zakrzątnęła się i wniosła po chwili jajecznicę, masło, twaróg i chleb żytni, wszystko na białych talerzach.

— To już rzadkość w Brazylii masło i twaróg! Poznać doskonałą gospodynię.

— Iii, jaka ja tam gospodyni, chowają się krowy, to i jest — mówi zadowolona.

— Nie ma co i gadać, o lepszą trudno — chwali się mąż żoną.

Dzieciaki czysto ubrane, umyte.