— A gdzie Józek? — pyta ojciec. — Idź no, Walek.

Wszedł wysoki, trochę niezgrabny wyrostek.

— To mój syn.

— Ależ wyrósł! Ileż ma lat?

— Będzie piętnasty. Na słońcu, to i rośnie. Ten jeden z kraju.

— Miałabym ich ośmioro, ale czworo mi zmarło, jedno na morzu, a troje w tej nędzy, cośmy przeszli — żali się matka. — Reszta to tutejsza.

— Ale zawsze Polaki — dodaje ojciec.

Wyszliśmy.

— Ładną macie palmę, gospodarzu.

— Drzewo nicpotem90, lepsza nasza wierzba, ale aby było co wziąć na Palmową91, to i rośnie sobie.