Oglądam gospodarkę. Stajenka mała nie pomieści koni i bydła.
— To tylko dla źrebiąt i cielaków — objaśnia gospodarz — bo całe gado (portug. gado, bydło) przez rok na kiempie (portug. campo, pole, pastwisko), a jak koniom w drogę, to dam milii i jazda!
Krowy wielkie z małymi wymionami pasą się w zagrodzeniu.
— Na tu, siwucha! — woła gospodyni. — Miałam, panie, kłopotu co niemiara, nim z tych dzikusów zrobiłam krowy. Teraz to jeszcze przypuszczam cielęta, ale Pan Bóg da doczekać, to odłączę, aby było jak u nas.
Zwrot: „jak u nas” jest ciągle na ustach kolonistów. „U nas” zawiera wszystko dobre, porządne, uczciwe — to cała cywilizacja, którą wyniósł chłop z kraju, to cała przeszłość, którą przeżył, która przez morza i lądy wydaje mu się czysta, jasna, brylantowa.
Idziemy w pole: żyto ładne, wysokie.
— Jak przyszliśmy, żadnym dziwem bywało sto dwadzieścia ziarn, a dzisiaj da sześćdziesiąt, może więcej, a może mniej.
Obszerny grunt, cały pokryty świeżo ściętymi krzami, z ledwie więdniejącymi liśćmi; gdzieniegdzie leży spróchniały pień grubego drzewa.
— To „rosa”... jak przeschnie potęga (portug. putinga, gatunek trzciny drzewiastej), podpalę. Rola pod milię byłaby dawno gotowa, ale deszcze przepadają.
Portugalskie roça, uprawianie gruntu przez trzebież, rodzaj ugoru trzy do czteroletniego, bywa najpowszechniej używane przez kolonistów, którzy po spaleniu, poruszywszy lekko motyką, sadzą w otwory, zrobione kołkiem, po kilka ziarn kukurydzy.