— Ileż wam daje milia?

— Bywa po sto pięćdziesiąt ziarn, jak pod jaki rok. Aby nie te małpy, bo to takie zmyślne nikiej92 chłopcy psotniki! Nawiążą to sobie snop milii i hyc w las, a stróżliwe... no i te ptaszyska zielone — wskazał papużkę — i te psują, ale zawsze ostanie93 dla nas dosyć, aby dopilnować.

— Może byłoby lepiej uprawiać z roku na rok pole, a dodawać popiołu, kiedy po spaleniu rodzi.

— Abo ja wiem, czy z popiołem urodzi? — uśmiechnął się. — A gruntu i tak dosyć.

— Ale jak syn dorośnie i ożeni się?

— Zrobię jak inni: wezmę mu nowy szakier, niech pracuje.

Chłop nasz przywiózł do Brazylii umiejętność gospodarczą, jaką posiadł w kraju. Tu, bez względu na glebę i stosunki atmosferyczne, wciska swoje zboża i warzywa. Nikt chemicznie nie zbadał tej nowej roli, nikt mu nie poradził, nie pomógł, a że z wyjątkiem batatów94, nic tu nie znalazł nowego, nic też sobie nie przyswoił. Chwila, gdy znajdzie stosowne do klimatu i gruntu produkty, będzie przełomowa w gospodarstwie Parany; dziś gospodaruje on tu i nad morzem (kolonia Capivary, pod Santos95, klimat tropikalny), jak mu każe tradycja, a mając pod dostatkiem ziemi, ugoruje, marnując dużo zabiegów, pracy i czasu.

Już i południe, słońce pali, z ziemi bije parne gorąco, owady lecą z bzykiem, piękne motyle fruwają; ale gorąco nieznośne, na które mój gospodarz, w grubej kamizeli, spodniach, podtrzymywanych pasem, w butach wysokich, wcale nie zważa ani narzeka.

Jak wielki chrabąszcz zabrzęczał nad kwiatem koliber; trzepocąc nieustannie skrzydełkami, zaglądał w ten i ów kwiat. Stanąłem.

— To burczak, panie, drobną ptaszyna. Jeden miał gniazdko w szopie, na włosku to wisiało.