— Jak to, nic nie płacicie? — spytałem, wiedząc, że kolonista powinien rządowi zapłacić za ziemię, dom i zapomogę, razem 250 milrejsów w sześciu ratach rocznych.

— Z początku to i niektóry zapłacił, ale jakeśmy się zwiedzieli, co to za rząd, nikt nie płaci.

— A jak się upomni, jest na egzekutora sposób! — i ze śmiechem podniósł pięść w górę.

Już ściemniało, zdecydowałem się zostać na noc, aby rankiem pójść z Grzelą w las dziewiczy.

Na krótko przed rozstaniem wyprowadził mnie Adam z pokoju, by pomówić ze mną na osobności.

Wieczór był bezksiężycowy, tym jaśniej błyszczał na niebie Krzyż Południowy i Trójkąt. Ze wszech stron słychać było piewiki (cykady), wydzwaniające jednostajnie, a w zaroślach, na krzach99, wokoło przefruwały świetliki (Elateridae), niektóre tak jasne, że rzucały odblask na bliższe przedmioty.

— Śliczny wieczór — rzekłem, zachwycony nowym wrażeniem i widokiem.

— Ale nie nasz — westchnął Adam.

— O czymże mieliśmy mówić? — spytałem po chwili.

— Ja, panie, szlachcic z Łomżyńskiego, trudno było wyżyć z familią na czterech morgach, przyjechałem do Brazylii... Co pan gadał, to dla nich, aby chłopy rozumieli; a co mi pan teraz powie? Co tam u nas?