Gdy się dowiedzieli, że wracam, po krótkim zdziwieniu widać było zazdrość, a potem nauki i przestrogi.
— A niech pan ludziom rozpowie, że w Brazylii ciężko.
— A bez grosza niech nikt nie jedzie, bo sparszywieje i zginie.
— Teraz gruntu darmo nie dają!
— I żadnej roboty na przeżywienie.
Pijemy piwo, warzone w domu, przybyli nowi goście i rozmowa schodzi na politykę tutejszą.
— Co mi tam te brazylijskie wybory! Niech bierze ten albo ów pensję z kasy, ale niech drogi naprawi, mosty poładzi...
— Słyszałem w mieście — odzywa się jeden — że jak wybierzemy doktora (przywódca maragatów, dr Pereira), to zmaże nam cały dług za ziemię.
— To samo mówi i adwokat! (W. Machado, przywódca pikapauów) — zaśmiał się drugi.
— Ot, puste gadanie: i tak nie płacimy.