Padł strzał Grzeli... małpy wrzasnęły i umilkły.

— Był kot — mówił zdyszany — ale nie dostał w komorę i śmignął w bór... nikiej cielak dobry... szkoda, okruteczna szkoda...

— Wracajmy.

— Już?... Pójdźmy nad wodę, może co ustrzelimy... wstyd z pustką wracać. Rozpowie pan tam, u nas, i śmiać się będą.

Dziwnie smutna, przykra woda, podobna do oka pokrytego czarną kataraktą104, posępna, czarnawa, odbija ciche drzewa nadbrzeżne, wybujałą roślinność i ciemne sklepienie z lian niedopuszczających tu słońca.

Gdzieś na skraju wrzask dziecka małego, męczonego przez oprawców: to głos żaby, a tuż odezwały się młoty w kuźni, huczące, z przytłumionym dźwiękiem: to bracia i siostry dziecka rzewnie płaczącego.

Stało się zadość ambicji Grzeli: zabił szarą czaplę i wielkiego nura.

Wyszliśmy z lasu dziewiczego... Oddycham w słońcu!

Na koloniach

Kolej z Rio Negro do Kurytyby stoi czas dłuższy na stacji Serinha. Na peronie tłum ludzi, bo to czas świąteczny przed Bożym Narodzeniem. Włosi wrzaskliwi, rozmachani; Brazylijczycy z miną panów; kabokle w patynkach, boso, śmiali, ogorzali, uzbrojeni nożem i rewolwerem, z nahajką skórzaną w ręku, krzyczą głośno, owinięci w palię, rodzaj szala krojem i sposobem wkładania przypominający ornat; kilku kolonistów. W tłumie spostrzegam młodego, przyjemnego blondyna.