— Pan Polak? — pytam.
— Poznał mnie pan? Poznał, żem Polak? — woła ucieszony. — I po czym?
— Różni się pan od nich — wskazałem na tłum.
— I ja tak myślę — odpowiada z dumą.
— Skądże pan jedzie?
— Jadę do domu, do Abranches (kolonia pod Kurytybą), z Rio Negro. Tam służę przy kolei; jak oni nazywają, jestem capataz, a u nas werkmajster.
— Ależ licha kolej!
— Cóż dziwnego? — odpowiada z uśmiechem lekceważenia — W Brazylii wszystko bez porządku, nie tak jak u nas.
— A pan dawno przybył?
— Ja tu urodzony. Starszy ostał na gruncie, a nas czterech we fachu.