— To pan tutejszy?
— Nie, panie, ja Polak, tylko tu urodzony.
W Kurytybie czekała mnie niespodzianka, nadzwyczaj miła i przyjemna, gdyż zaledwie rozgościłem się w tak zwanym „Grande Hotel”, pierwszorzędnym, ale też brudnym i pełnym barratas, małych jaszczureczek, tysiąconogów i moskitów — gdy zjawili się w progu dwaj nie tylko Europejczycy, nie tylko Polacy, lecz i Warszawiacy: panowie Bielecki Leon i Dmowski Roman.
Kto nigdy nie był na dalekiej obczyźnie, wśród obcych duchem, cywilizacją, temperamentem ludzi, kto nie widział wokoło siebie natury odmiennej, niezrozumiałej i przygnębiającej swym bogactwem barw i form, ten nie pojmuje, jaka ciężka, nieprzejednana, bliska obłędu tęsknota, jaki głęboki smutek bez słów i skargi, jakie wrażenie pustki i osamotnienia, niemocy i zapomnienia przez wszystko i wszystkich opanowuje człowieka.
I w takiej właśnie chwili przypadek stał się wybawieniem i pociechą: obaj przynosili z sobą Warszawę, pola, śniegi, słońce i mowę, mowę polską.
Naturalnie projektujemy wspólne zwiedzanie pobliskich kolonii polskich, a na uczczenie dnia wspólny obiad, który ma przygotować Barczak, gospodarz Towarzystwa „Zgoda i Jedność”, mały, czarniawy, były kolonista.
— My, Polacy, jadamy zawsze barszcz, więc, panie Barczak, barszcz być musi — rozporządza p. Bielecki.
— A następnie?
— My, Anglicy — odzywa się pan Dmowski tonem gentlemana, nieznoszącego opozycji — jadamy mięso, więc, panie Barczak, mięso być musi.
— A do mięsa?