— My, Francuzi, jadamy sałatę, więc, panie Barczak, sałata być musi — uzupełniam obiad.

Barczak namyśla się i mówi z pewnym wahaniem:

— A jeśli czego zabraknie? Bo ja dałbym, ale nie wiem, czy dostanę...

— Nie ma u nas zwyczaju więcej dawać, niż się ma — decyduje p. Bielecki.

— Tak to co innego — uśmiecha się gospodarz i znika.

W pokoju, ustrojonym kwiatami róż, werben, begonii, oleandrów i storczyków, przy palących promieniach słońca, gdyż w cieniu jest 32 °R105, jemy wigilię, a mówimy i marzymy o naszych bliskich, tam, na północy, wśród śniegu, mrozu, pod zimnym, mglistym, chmurnym słońcem.

Wyjeżdżamy na kolonie konno, gdyż drogi są w stanie opłakanym. P. Dmowski, jako sokół lwowski, na siwym, ładnym koniu, który jednak najdalej na dwudziestym kilometrze rozpiera się i bezwzględnie żąda odpoczynku; pan Bielecki ze względu na urząd kwatermistrza jechał na doskonałym mule, którego pojętność, ostrożność i wytrzymałość podziwiamy przez całą drogę.

— Czy wszystko dobrze? — pyta pan Dmowski tonem wątpliwości i współczucia.

— Bardzo dobrze — odpowiadamy niepewnym głosem.

Jedziemy.