Spotykamy ładnego blond chłopca, bawiącego się z Murzynkiem.

— Hej, mały! Daleko do Orleans?

— E, nie, przez kiempę (step), las, pole i zaraz kościół.

Murzynek w uśmiechu pokazuje białe zęby.

— Nauczże tę czarną małpę po polsku!

— Już umieć! — wykrzykuje wesoło Murzynek.

Na stepie falistym, porosłym ostrą, kupkowatą trawą, drzewiastymi roślinami, pasie się stado krów pod dozorem dwojga dzieci. Dziewczynka nakrywa się od mżącego deszczu jaskrawą chustą matki, a chłopczyna w kapeluszu słomianym, bosy, przepasany krajką, wygwizduje oberka. Polskie dzieci... I gdyby nie sosny brazylijskie, podszyte barwnie kwitnącymi krzewami, gdyby nie krowy wielkie z dziwacznymi rogami, korowód mułów objuczonych, przemykające się sylwetki caboclów, miałoby się złudzenie, że się jest gdzieś w Królestwie... wśród swoich.

Na drodze leśnej co chwila mijają nas wasągi. Dobre konie w lic106, w krakowskich lub mazurskich chomątach, a jadą ostro, śmiało, mimo wybojów, korzeni, błota; wesoło, ze śmiechem, śpiewkami, z fantazją, że mimo woli dźwięczy w uszach:

A z góry, z góry,

Jadą Mazury...