— Jechaliście ojciec do kościoła jak szlachcic.

Spojrzał butnie i rzekł drwiąco:

— Nasz szlachcic jechał ci co prawda do kościoła w cztery konie, ale miały dwa oczy, a my w osiem oczu — dodaje dumnie.

Przed kościołem rojno, tłumno; mężczyźni z miejska ubrani, kobiety przeważnie w barwnych, jaskrawych spódnicach krojem polskim; twarze wesołe, zadowolone, śmiałe; młodzież rosła, doskonale odżywiona, zdrowa; gwar, swoboda, wesołość: zupełnie jak na odpuście naszym. A gdy w kościele śpiewają: „Gwiazdo morza...” przed cudownym obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, ustrojonym w kwiaty, zdobnym w wota, to można zapomnieć o morzu, Brazylii, Paranie i czuć się u siebie, wśród swoich.

Pomiędzy wotami są okręty „za szczęśliwą podróż”, nóżki, rączki, niemowlęta, ofiarowane Cudownej Maryi Pannie, i są serca ze wzmianką o swoich, o kraju...

— Panowie z kraju?... Bo ja jestem empregado publico107 nad tutejszą szkołą.

— Ile dzieci uczęszcza? — pyta pan Bielecki z przygotowanym jak zawsze notesem i ołówkiem.

— Zwykle trzydzieści, ale bywa i pięćdziesiąt; za dziecko dwa milreisy miesięcznie.

— Czego pan uczy?

— Udzielam sześć razy na tydzień języka brazylijskiego po dwie godziny. Rozumiecie, panowie, jako empregado publico uważam tę naukę za najważniejszą.