Zawsze odpowiadają, że w brazylijskich prócz lenistwa niczego się nie nauczą, a innych szkół, pożytecznych, rozumieją: praktycznych, nie ma wcale w Paranie.

Koloniści nie potrzebują ani żądają składek, ofiar, dobrodziejstw macierzystego kraju, w którym tylu, aż tylu jest analfabetów, celem utworzenia szkół w Paranie. Mają z czego zapłacić i zapłacą, ale niech ktoś założy szkołę, nie jako łaskę, jako szczególny objaw poświęcenia, ofiary, lecz jako interes dobry. Niech ta szkoła da chleb wychowańcom, możność zarobkowania, niech się przystosuje do warunków tutejszych — a może liczyć na powodzenie pod każdym względem.

*

W stosunkach handlowych są dalsze kolonie na łasce i niełasce wendystów, u których się zaopatrują drogą handlu zamiennego w ubrania i artykuły spożywcze. Bliżsi, pod Kurytybą, są przeważnie w ręku pośredników: ojca i syna Rosenmannów i Flachsa. Ci trzej Żydzi skupują produkty rolne i dyktują ceny. Tę samą rolę w Rio Negro odgrywa Andrée. Chłopi, podobnie jak u nas, drwią sobie z Żydów i ich brazylijszczyzny, ale z nimi nie zrywają.

Zarządzający sklepem Żydek, udający Brazylianina, nazywa siebie caséiro (portug. rządca), a pies po brazylijsku jest cachorro.

— Hej, kaszoro, dawaj mi prędzej, bo czasu nie mam! — woła kolonista.

— Ja nie kaszoro, ale kazejro.

— Co ty mnie będziesz uczył! Kaszejro czy kaszoro to wszystko jedno.

— Was zawsze trzymają się żarty — mówi, wręczając towar — a ja przecież kazejro.

— Tak czy siak, Żydem zostaniesz — A wszyscy obecni, śmiejąc się, dogadują.