— Już moje oczy pewno nie obaczą cudownego obrazu... niegodnam tego — mówi prawie ze łzami. — Niechże pan to dadzą na ofiarę — i wyciąga milreisa oszczędzonego.
— Pozwólcie, matko, że już was sam wyręczę i dam.
— Nie może być.
— Toż na milreisach tam się nie znają.
— Prawda... Niechże pan da za mnie, jeśli łaska... i życzę panu dobrego rozstania.
— ?
— Z Brazylią... bo tu o choroby i śmierć nietrudno; moich czworo umarło, a co po ludziach, to i nie zliczyć.
— Dziękuję matko, za życzenie; dokuczyła mi już Brazylia.
— My tam jej nie hańbujem — odzywa się mąż. — Ziemia dobra, aby ino ludzie i porządek był inny.
*