— Szkoda, że go nie ubito — westchnął chorąży, bo o zakałę szlachectwa u takiego łotrzyka nietrudno.
— Co ma wisieć, nie utonie — dodał kasztelan.
Gdy ucztę skończono, poprosił kasztelan chorążego i jego małżonkę na osobną rozmowę. Gdy usiedli we troje w pięknie przystrojonej bawialni, zagaił rozmowę kasztelan.
— Do was panie chorąży, jako do ojca, i do pani chorążynej, jako do matki, zwracam me słowa, prosząc o łaskawą odpowiedź. Zacny kawaler, graf von Tannenburg, sam mnie prosił i przywiózł listy polecające od moich zagranicznych przyjaciół, bym został jego orędownikiem u was.
— Co? Graf von Tannenburg?... Niemiec?! — krzyknął oburzony pan Dzierzbicki.
— Wysłuchajcie mnie wpierw, mości chorąży. Zacny ten kawaler wsławił się już w walce z Duńczykami, sam książę brandeburski wysoce go ceni, ród dobry, majątek jest, umiłował-ci też starszą córkę waszą, Anielkę, czemu się nie dziwię, i radby te amory zakończyć węzłem małżeńskim.
— Nic z tego! zawołał ostro chorąży.
— Jednak namyślcie się, mości chorąży, spytajcie żony, córki — doradzał zakłopotany kasztelan.
— Pzedewszystkiem — przerwał gorączkowo chorąży — moja wola jest ich wolą, a córkę przeklnę i wolałbym ją widzieć na marach, jakkolwiek miła mi ona i bardzo, aniżeli żoną Niemca, protestanta i jakiegoś grafa von Tannenburg, który bodaj czy nie z mnichów krzyżackich pochodzi.
— Ale... ale... — uspokajał go swat.