— Chce pan kasztelan wiedzieć wolę mej żony i córki, to niechaj spyta.

— Starczą mi wasze słowa, mości chorąży, i tę rekuzę prześlę grafowi z Tannenburga. Darujcie mi, że podjąłem się tego niefortunnego poselstwa, nakłoniony jego prośbami i listami.

— Przecież to nie żaden despekt dla nas — rzekła pani.

— Dla waćpani może i nie, ale dla mnie jest, nie ośmieliłby się też Niemiec, gdybym miał syna — westchnął chorąży z żalem.

— Wola Boga! — przemówił kasztelan, a po chwili dodał: — Wiedziałem ja dobrze, że córki nie dacie, bo i szkoda dziecka z dobrego gniazda dla Niemca. Słyszałem, że w Sandomierskiem wiodą rej Dzierzbiccy, to już lepiej swojemu zostawić Ostrów i córkę. A teraz pobawiłbym się kielichem, bom i rad z waszej odpowiedzi.

Całą noc trwała uczta, na drugi dzień poprawiny, i dopiero trzeciego dnia wyjechał kasztelan, zapraszając serdecznie chorążostwo do siebie.

III. Oświadczyny

Dwa tygodnie minęły spokojnie po wyjeździe kasztelana, zapomniano prawie o Niemcu, gdyż chodziły głucho wieści o wojnie szwedzkiej, rozpoczętej wbrew woli senatu i sejmu, a one bardziej zajmowały Ostrów, aniżeli sprawa grafa.

Wtem jednego popołudnia zagrały trąby przed Ostrowom, i strojnie a zbrojnie, w sześć koni wjechał na zamek graf von Tannenburg.

Chorąży zły chciał się uwolnić od przyjęcia udaną chorobą, ale chorążyna umiała ugłaskać męża i skłonić do pozornej przynajmniej gościnności.