— Ee, porwanie to sprawa gardłowa — zawołała chorążyna. — I poco też jegomość wspomina o tem, a może to chwila nieszczęśliwa i sprawdzi się!
— Żartowałem, mościapanno! żartowałem! Toż byłby gardłem pokaran za taką sprawę porwania. Zawołaj jednak Anielkę.
Weszła świeża, piękna i młoda, jak poranek majowy. Stanęła pokornie z boku, czekając pytania.
Ojciec aż się rozjaśnił i z uśmiechem figlarnym rzeknie:
— Ano, obmyśliliśmy męża dla waćpanny. Kawaler gładki, ma tytuł i majątek, tylko że to graf von Tannenburg!
— Przebrzydły Niemczysko! — szepnęła cichutko.
— Zostawiamy waćpannie przyjęcie kawalera; cóż powiesz?
— Czasem i żart boli, mój ojcze, — odezwała się dziewczyna. — Pradziadowie moi ginęli w bitwach z Niemcami, a ja miałażbym iść w ich niewolę dobrowolnie!? Powstaliby oni z grobów i obrzucili mnie przekleństwami!
Aż rozpłakał się chorąży, i tuląc córkę do piersi, mówił:
— Nieodrodne ty moje dziecko! To też miłuję ciebie nad wszystko ziemskie!