Pokolenia powstają i mijają w szybkim następstwie, a jednostki wśród trwogi i cierpienia biegną prosto w ramiona śmierci. Przy tym bezustannie pytają: dlaczego? skąd? co znaczy cała tragikomedia życia? — i wyciągają błagalnie ramiona ku niebu o odpowiedź. Lecz niebo milczy. Za to mnichy przynoszą objawienia.

Kto wierzy, że kiedykolwiek istoty niebędące ludźmi wyjaśniły nam cel i zagadką bytu, ten jest dużym dzieckiem. Nie ma innego objawienia prócz słów mędrców, jakkolwiek i te, jako ludzkie, podlegają błędom i ubrane w dziwaczne alegorie i mity nazywają się religiami. Jest zatem rzeczą obojętną, czy kto żyje i umiera według własnych, czy według cudzych przekonań, zawsze bowiem postępuje według ludzkich myśli i wskazówek. Ludzie jednak mają tę słabość, że chętniej wierzą innym, powołującym się na natchnienia nadprzyrodzone, aniżeli własnej głowie. Gdy zresztą zważymy nadzwyczaj wielką różnicę intelektualną pomiędzy człowiekiem a człowiekiem, to dojdziemy do przekonania, że myśli jednego snadnie131 mogą uchodzić za objawienia dla drugiego.

Tajemnicą i prapodstępem mnichów wszystkich krajów i czasów, czy nazwiemy ich wyznawcami braminizmu czy mahometanami, czy buddystami, czy chrześcijanami, jest głęboka znajomość psychiki ludzkiej. Poznali oni i ocenili siłę i żywotność potrzeby metafizycznej człowieka, i rozgłaszają, że posiadają możność jej zaspokojenia, gdyż w drodze łaski nadprzyrodzonej otrzymali rozwiązanie zagadki. Gdy ludzie raz im uwierzyli, stają się ich potulnymi owieczkami. Roztropniejsi z panujących zawierają z nimi sojusz, inni podlegają ich rządom. Gdy jednak, jako wyjątek nad wyjątkami, filozof zasiądzie na tronie, wtenczas następuje niemiły rozdźwięk.

Chrześcijaństwo

Aby chrześcijaństwo ocenić sprawiedliwie, trzeba zwrócić uwagę na to, co je poprzedziło i co przezeń zostało wyparte. Najpierw pogaństwo rzymsko-greckie: jako metafizyka ludowa, zjawisko niepozorne i małej wagi, bez ściśle określonej dogmatyki, bez ścisłych zasad, a nawet bez prawdziwej tendencji etycznej i bez świętych pism — zaledwie zasługuje ono na nazwę religii, jest raczej grą i dziełem wyobraźni poetycznej i w większości oczywistą personifikacją sił przyrody. Ledwie możemy sobie wyobrazić, aby ludzie poważni poważnie traktowali tę religię. A jednak mamy na to liczne dowody; świadczy o tym Valerius Maximus132 w pierwszej księdze i Herodot133 passim134, a szczególnie w ostatniej księdze w rozdziale 65, gdzie wypowiada własne zdanie i bredzi jak stara dewotka. W czasach późniejszych razem z postępem nauk filozoficznych zapatrywania na religię stawały się mniej poważne, co ułatwiło chrześcijaństwu wyparcie religii państwowej pomimo jej ochrony. Na swoją religię, nawet w najlepszych czasach greckich, nie zapatrywali się starożytni tak poważnie, jak dziś zapatrują się niektórzy na chrześcijaństwo lub w Azji na buddyzm, braminizm i mahometanizm. Politeizm był czymś zasadniczo różniącym się od zwyczajnej liczby mnogiej monoteizmu, na co mamy dowód w Żabach Arystofanesa135. Dionizos136 w tej komedii jest przedstawiony jako pyszałek i tchórz najlichszego gatunku; sztukę tę wystawiono w jego własne święto, Dionizja.

Drugą religią wypartą przez chrześcijaństwo była religia żydowska. Jej prymitywne i przyziemne zasady zostały przez chrześcijaństwo uszlachetnione i ujęte w alegorię. W ogólności duszą chrześcijaństwa jest alegoria albo misterium, bo co w rzeczach literackich nazywamy alegorią, to w religii ma nazwę tajemnicy (misterium). Trzeba przyznać, że chrześcijaństwo nie tylko etycznie, przez głoszenie miłości, łagodności, poddania się woli bożej, abnegacji i zaparcia samego siebie, które to cnoty tylko jemu i to tylko na Zachodzie są właściwe, lecz także i dogmatycznie stoi bez porównania wyżej od poprzednich systemów. Tłumom, niezdolnym pojąć prawdy bezpośredniej, niepodobna dać nic innego, jak piękną alegorię, podręcznik praktyczny postępowania w życiu i kotwicę pociechy i nadziei. W takiej jednak religii konieczna jest przymieszka absurdu jako wskaźnik alegoryczności. Gdybyśmy chcieli pojąć dogmatykę chrześcijańską dosłownie, Voltaire’owi137 musielibyśmy przyznać słuszność. Natomiast pojęta alegorycznie, jest ona świętym mitem, środkiem, za pomocą którego uprzystępnia się tłumowi prawdy, których by inaczej nigdy nie pojął. Można by go przyrównać do arabesek Rafaela138 albo Rungego139 przedstawiających rzeczy niemożliwe i absurdy, z których jednak przemawia do nas głęboka myśl. Nawet twierdzenie Kościoła, że w dogmatach religii rozum jest niekompetentny, ślepy i niepowołany, znaczy w gruncie rzeczy tylko, że rzeczone dogmaty są natury alegorycznej i dlatego nie należy ich oceniać według miary, jaką rozum przykłada do rzeczy, który wszystko bierze w dosłownym znaczeniu. Absurdy w dogmacie są oznaką mityczności i alegoryczności, chociaż w wypadku, jaki nas zajmuje, pochodzą one z usiłowań połączenia dwóch tak różnorodnych systemów jak Stary i Nowy Testament. Alegoryczność nauki chrześcijańskiej wykształciła się powoli i pod wpływem zewnętrznych i przypadkowych okoliczności, a było przy tym zawsze czynne głęboko ukryte, nieuświadomione dążenie do prawdy. Ostatecznie wykończona została przez Augustyna140, który najgłębiej wniknął w ducha chrześcijaństwa i mógł potem ująć tę naukę w systematyczną całość i uzupełnić braki i luki. A zatem nauka Augustyna, potem przyjęta także przez Lutra, jest chrześcijaństwem czystym i doskonałym, nie zaś chrześcijaństwem pierwotnym, jak mniemają dzisiejsi protestanci, którzy „objawienie” biorą dosłownie i ześrodkowują wszystko w jednej osoby — albowiem nie zarodek, lecz owoc służy jako pokarm. Złą stroną wszystkich religii pozostanie to, że nie mogą otwarcie przyznać się do alegoryczności i dlatego są zmuszone z pełną powagą głosić swe nauki jako prawdziwe w znaczeniu dosłownym, a to daje powód do bezustannego łudzenia ludzkości, co jest oczywiście złe. Co gorsza, z czasem fałsz ich wychodzi na jaw — wtedy giną. Dlatego byłoby lepiej od razu przyznać się do alegoryczności.

Lecz w jaki sposób tłumom dać do poznania, że coś jest równocześnie prawdą i nieprawdą? Skoro wszystkie religie, jakie znamy, w mniejszym lub większym stopniu noszą cechę alegoryczności, musimy przyznać, że człowiekowi absurd jest do pewnego stopnia potrzebny, a nawet jest jego żywiołem, i że złudzenie jest dla niego konieczne, co potwierdzają także i inne zjawiska.

Przykład absurdu wypływającego z połączenia Starego i Nowego Testamentu, daje nam między innymi nauka Augustyna, przyjęta także przez Lutra, o łasce i o predestynacji, wskutek której ten lub ów już od wieków jest przeznaczony do chwały niebieskiej, co w gruncie rzeczy znaczy, że ten lub ów przy urodzeniu bywa obdarzony w sprawie najważniejszej, bo w sprawie wiecznego zbawienia, niczym nieuzasadnionym przywilejem. Zdrożność i absurd tego przywileju wynika jednak tylko z założenia Starego Testamentu, że człowiek jest dziełem woli zewnętrznej i przez nią z niczego jest powołany do bytu. Jeżeli jednakowoż zważymy, że zalety moralne są wrodzone, to sprawa przedstawi się zupełnie inaczej i rozsądniej w teorii metempsychozy141 braminizmu i buddyzmu, która powiada, że to, co przy urodzeniu każdy z sobą przynosi na świat, nie jest darem łaski, lecz skutkiem jego własnych spełnionych czynów w poprzednim życiu.

Z dogmatem Augustyna o łasce ma związek dogmat, że ze znieprawionego i dlatego skazanego na wieczne męki rodzaju ludzkiego bardzo nieliczni, i to wskutek predestynacji, będą uznani za sprawiedliwych i wnijdą142 do królestwa bożego, wszyscy zaś inni pójdą w wieczny ogień143. Dogmat ten pojęty dosłownie jest oburzający. Gdyż nie tylko za błędy popełnione lub nawet za niewiarę skazuje się człowieka na męki bez końca, lecz dogmat ów powiada implicite144, że to potępienie ogólne jest skutkiem grzechu pierworodnego, czyli koniecznym wynikiem upadku naszych pierwszych rodziców. Upadek powinien przewidzieć ten, który ludzi nie stworzył lepszymi, niż są, a potem zastawił na nich sidła, w które wiedzieć musiał, że wpadną, skoro wszystko jest jego dziełem i skoro jest wszechwiedzący. Zdaje się bowiem, jakoby z niczego powołał do bytu istoty słabe, podległe grzechowi, aby je potem skazać na wieczne potępienie. Prócz tego ten sam Bóg, który nakazuje dobroć i przebaczenie win, a nawet miłość nieprzyjaciół, postępuje przeciwnie, albowiem kara wymierzona na końcu wszechrzeczy, gdy wszystko jest skończone i gdy grzesznik już nie ma możności poprawy, nie może być niczym innym jak zwykłą zemstą. Tak tedy okazuje się, iż cały rodzaj ludzki z góry jest skazany na wieczne potępienie, z wyjątkiem tych kilku, którzy nie wiadomo dlaczego, przez łaskę są uprzywilejowani. Zdaje się zatem, jakoby Bóg na to stworzył świat, aby go diabli wzięli; a jeżeli tak jest, o wiele lepiej było go nie stwarzać.

Tak się rzecz ma, gdy dogmaty pojmiemy w znaczeniu dosłownym; w znaczeniu alegorycznym natomiast można je jako tako obronić. Najpierw i przede wszystkim, jak się już rzekło, zdrożność i absurd tego dogmatu wypływa z żydowskiego teizmu z jego „stworzeniem z niczego” i związanym z tym paradoksalnym i niewłaściwym zaprzeczeniem metempsychozy, nauki do pewnego stopnia zrozumiałej samej przez się i dlatego przyjętej przez całą prawie ludzkość, z wyjątkiem Żydów. Aby wynagrodzić ten brak i uchylić zdrożność tego dogmatu, papież Grzegorz I145 w VI stuleciu bardzo roztropnie ustanowił naukę o czyśćcu, którą w głównych zarysach znajdujemy już u Orygenesa146 (p. Bayle, Dictionnaire, artykuł Origène, note B), i wcielił ją do dogmatów, przez co tamten dogmat stracił na swej surowości i do pewnego stopnia zastąpił metempsychozę, gdyż jedno i drugie redukuje się do procesu oczyszczania. W tym samym celu także ustanowiono naukę o restytucji147 wszechrzeczy (αποκατάστασις πάντων), która orzeka, że przy końcu świata nawet grzesznicy powstaną w swej dawnej postaci. Tylko protestanci, przy swym rygorystycznym trzymaniu się Biblii, twardo stoją przy wieczności kar piekielnych. Volenti non fit iniuria148 — można by powiedzieć złośliwie; pocieszające przy tym jednak jest to, że i oni nie są zbyt głęboko przekonani, lecz myślą sobie po cichu: jakoś to będzie.