Demofeles: Oho, nie uczynią tego!

Filaletes: Dziwi mnie, że tak mówisz; jest to zły znak dla religii. Zresztą istnieją akademie, przy których warunkiem koniecznym powodzenia w konkursie jest solidaryzowanie się z ich poglądami. Dobrze by było, gdyby statystycznie można wykazać, ile zbrodni rok rocznie nie przychodzi do skutku z pobudek religijnych, a ile z innych. Zbrodni niedoszłych z pierwszej kategorii będzie zapewne bardzo mało. Bo zamierzającemu popełnić zbrodnię staje najpierw przed oczyma kara za występny czyn i prawdopodobieństwo jej poniesienia, a potem, jako druga, przychodzi obawa o dobrą sławę. Zdaje się, mogę twierdzić z wszelką pewnością, że nad tymi dwoma szkopułami kandydat do szubienicy może przemyśliwać całymi godzinami, zanim mu przyjdą na myśl pobudki religijne. Gdy jednak stłumił w sobie obawy płynące z obu powyższych trudności, to sądzę, że w nadzwyczaj rzadkich wypadkach sama religia wstrzyma go od zbrodni.

Demofeles: Ja znowu sądzę, że w nadzwyczaj częstych, szczególnie jeżeli religia działa jako nawyknienie, tak że człowiek odruchowo się wzdryga przed wielkimi zbrodniami. Wrażenia wczesnej młodości pozostają niezatarte. Zważ, ilu ludzi, szczególnie ze szlachty, raz danego słowa dotrzymuje nawet z wielkimi ofiarami, jedynie dlatego, że w dzieciństwie ojciec często i uroczyście mawiał im: „Człowiek z honorem — albo dżentelmen — albo szlachcic — zawsze dotrzymuje danego słowa”.

Filaletes: Bez pewnej wrodzonej uczciwości i to nie działa. Nie powinieneś religii przypisywać tego, co jest skutkiem przyrodzonych zalet charakteru, wskutek których niedoszły zbrodniarz bywa zdjęty litością nad ofiarą zbrodni. To jest jedyna pobudka etyczna i jako taka od wszystkich religii niezależna.

Demofeles: Lecz ta pobudka u większej części ludzi nie działa, jeżeli nie jest poparta religią, która bądź co bądź dodaje jej siły i skuteczności. Sądzę jednakże, że i bez tych wrodzonych zalet pobudki religijne same w sobie wstrzymują od zbrodni. Nie powinno nas to dziwić u ludu, skoro widzimy, że nawet ludzie z wykształceniem czasem pozostają pod wpływem nie pobudek religijnych, w których bądź co bądź prawda tkwi alegorycznie, lecz najprymitywniejszych zabobonów, i trwają w nich przez całe życie; do tych należy np. obawa, aby w piątek nie zaczynać niczego, nie siadać do stołu w trzynaście osób, słuchać przypadkowych wróżb i znaków itp. Nie potrafisz się dostatecznie wmyślić w niski poziom tego rodzaju ludzi; bardzo tam ciemno, a szczególnie gdy serce zepsute i niesprawiedliwe. Ludzi takich, których jest większość, trzeba prowadzić i poskramiać jak można, chociażby nawet za pomocą zabobonów, dopóki nie staną się wrażliwi na wyższe i szlachetniejsze pobudki. O bezpośredniej skuteczności pobudek religijnych świadczy np. to, że bardzo często, szczególnie we Włoszech, złodziej przez spowiednika zwraca skradzione rzeczy, gdy ten za warunek rozgrzeszenia postawił ich zwrot. Wreszcie przypominam ci przysięgę, przy której najlepiej objawia się wpływ religii, czy to dlatego, że człowiek wtenczas czuje się postawiony na miejscu istoty etycznej i jako taki bywa wezwany uroczyście (taki, zdaje się, zwyczaj panuje we Francji, gdzie formułka przysięgi brzmi tylko: „je le jure100, a także u kwakrów, gdyż ich uroczyste „tak” lub „nie” wystarczy za przysięgę), czy też, że człowiek rzeczywiście wierzy w wieczne potępienie swej duszy, która to wiara w gruncie jest tylko alegoryzacją tamtego uczucia. W każdym razie wyobrażenia i obrazy religijne są środkiem do pobudzenia i wywołania etycznych uczuć człowieka. Jakże często ludzie zgadzali się na krzywoprzysięstwo, a gdy przyszło do rzeczy, niespodzianie odmawiali przysięgi, przez co prawda i słuszność zwyciężyła!

Filaletes: A częściej jeszcze przysięgali krzywo, przez co prawda i słuszność w oczach i z pełną świadomością obecnych została podeptana. Przysięga jest metafizycznym wykrętem prawników; powinni się nim jak najrzadziej posługiwać; gdy to jednak jest nieuniknione, powinni zabierać się do tego jak najuroczyściej, zawsze wobec osoby duchownej, a nawet w kościele lub kaplicy. W wypadkach bardzo podejrzanych wskazane by było, aby i młodzież szkolna była przy tym obecna. Oderwana formułka francuska jest zupełnie pozbawiona znaczenia; proces abstrahowania od konkretnych danych powinien być pozostawiony do woli każdego, według stopnia jego wykształcenia. Przyznaję ci słuszność, że przysięgę uważasz za dowód niezaprzeczony skuteczności religii. Wątpię jednak, mimo wszystkiego, co powiedziałeś, aby ta skuteczność sięgała daleko poza przysięgę. Wyobraź sobie, że państwo nagle przez publiczne proklamacje zniesie wszelkie prawa karne. Sądzę, że wtedy ani ja, ani ty nie mielibyśmy odwagi pod osłoną religii udać się stąd choćby nawet do domu. Gdyby natomiast wszelkie religie ogłoszono za fałszywe, tobyśmy pod osłoną praw i nadal mogli pędzić żywot spokojny, bez zbytniej przezorności i obawy.

Powiem nawet więcej: religie wywierają stanowczo wpływ demoralizujący. W ogólności można powiedzieć, że obowiązki względem Boga uszczuplają obowiązki względem ludzi, bo jest to bardzo wygodną rzeczą zastąpić powinności względem ludzi pochlebstwem względem Boga. Dlatego widzimy we wszystkich krajach, że ludziom o wiele łatwiej wyżebrać niebo przez modlitwy, aniżeli zasłużyć na nie przez uczynki. W każdej religii wnet dochodzi do tego, że za wolę Bożą ogłasza się nie dobre uczynki, lecz ślepą wiarę, ceremonie i czynności kultu, które nawet powoli, szczególnie gdy z nimi związane są korzyści materialne dla kapłanów, zajmują miejsce uczynków. Ofiary z bydląt, kupowanie mszy, fundowanie kaplic, krzyży przydrożnych stają się wnet uczynkami pełnymi zasługi, tak że nawet ciężkie zbrodnie bywają nimi zmazane, jak również i przez pokutę, uległość duchownym, spowiedź, pielgrzymki, procesje, dotacje, fundacje klasztorów itp. Kapłani w końcu figurują tylko jako pośrednicy w handlu ze sprzedajnymi bóstwami. A jeżeli tak daleko nie dochodzi, to gdzież jest religia, której wyznawcy nie uważają modlitw, pieśni pochwalnych i tym podobnych ćwiczeń duchownych za częściowy przynajmniej surogat moralnego postępowania? Spojrzyj np. na Anglię, gdzie machinacje kasty klerykalnej niedzielę, ustanowioną przez Konstantyna101, identyfikują obłudnie z sobotą, nawet co do nazwy, a to dlatego, aby przepisy Jehowy102 dla soboty żydowskiej, tj. dnia, w którym wszechmoc boska musiała wypoczywać po trudach stworzenia, z której to przyczyny ów dzień jest ostatnim w tygodniu, zachować dla niedzieli chrześcijańskiej, tego pierwszego chwalebnego dnia, stojącego na czele innych, dnia nabożności i wesela. Wskutek tej obłudnej machinacji tzw. Sabbath-breaking103 albo the desacration of the Sabbath104, czyli każde, nawet najlżejsze, pożyteczne lub przyjemne zajęcie, zabawa, muzyka, czytanie książki świeckiej, należy do ciężkich grzechów. Czy wtenczas przeciętny wierny nie może łatwo dojść do przekonania, że gdy tylko, jak mu jego przewodnicy duchowni nakazują, zachowa ściśle przepisy niedzielne i regularnie będzie uczęszczał na nabożeństwo, czyli innymi słowy, gdy w niedzielę sumiennie i gruntownie będzie próżnował i przesiedzi dwie godziny w kościele, aby po raz tysięczny wysłuchać tej samej litanii i wspólnie ją wyrecytować — czy za to w czymś innym będzie mógł liczyć na wzgląd i pozwolić sobie na to lub owo? Te diabły w ludzkiej skórze, właściciele i handlarze niewolników w Wolnych Stanach Północnoamerykańskich (powinny się nazywać Stanami Niewolniczymi), są zazwyczaj bardzo prawowiernymi i pobożnymi anglikanami, którzy uważaliby za ciężki grzech pracować w niedzielę i ufni w zachowanie niedzieli i pilne uczęszczanie do kościoła, spodziewają się zbawienia wiecznego.

Demoralizujący wpływ religii jest zatem mniej problematyczny niż wpływ uszlachetniający. Ten ostatni istotnie powinien by być niezmiernie wielki i doniosły, aby wynagrodzić okropności, jakie religie, szczególnie mahometańska i chrześcijańska, sprowadziły na świat! Przypomnij sobie fanatyzm, prześladowania, wojny religijne, ten krwawy obłęd, nieznany starożytnym — potem krucjaty, dwa stulecia trwające, niczym nieuzasadnioną rzeź pod hasłem „Bóg tak chce”105, aby odbić grób Tego, który głosił miłość i łagodność; przypomnij sobie okrutne wypędzenie i wytępienie morysków106 i Żydów z Hiszpanii107; przypomnij sobie krwawe wesela108, sądy inkwizycyjne, a także rzezie i zdobycze mahometan w trzech częściach świata, chrześcijan w obu Amerykach, gdzie tubylców w większości, a na Kubie nawet zupełnie wytępiono i według Las Casasa109 w ciągu 40 lat wymordowano 12 milionów ludzi, naturalnie ad maiorem Dei gloriam110 i w celu głoszenia świętej Ewangelii. Wprawdzie już wyżej poruszyłem te sprawy, lecz gdy w naszych czasach drukuje się „Neueste Nachrichten aus dem Reiche Gottes”111, nie przestaniemy tych dawniejszych wiadomości przypominać. Szczególnie nie zapominajmy o Indiach, o tej świętej krainie, o tej kolebce rodzaju ludzkiego, przynajmniej tej rasy, do której my należymy112, gdzie najpierw mahometanie, a potem chrześcijanie święcili orgie w znęcaniu się nad wyznawcami prastarych wierzeń indyjskich, gdzie jeszcze dziś widzimy ślady bezecnego i zaciekłego niszczenia prastarych świątyń i posągów bóstw indyjskich, wszczętego przez Mahmuda z Ghazny113 przeklętej pamięci i Aurangzeba114, bratobójcy, których potem wiernie i po mistrzowsku naśladowali chrześcijanie portugalscy przez burzenie świątyń, jako też i przez urządzanie auto da fé w Goa115. Nie zapominajmy także o ludzie „wybranym”, który w Egipcie, na wyraźny rozkaz Jehowy, skradłszy bratniemu i gościnnemu narodowi pożyczone złote i srebrne naczynia116, pod dowództwem zbójcy Mojżesza wyruszył na mordy i grabieże do „Ziemi Obiecanej” przez Jehowę, który często i dobitnie ponawiał swe rozkazy, aby przy zajmowaniu kraju nie oszczędzać nikogo i niczego, nawet kobiet i dzieci (Joz 10 i 11)117) — dlatego, że mieszkańcy nie byli obrzezani i nie wyznawali Jehowy, co było dostatecznym powodem, aby wszelkie okrucieństwa względem nich usprawiedliwić. Tak samo tryumfująco opowiada nam Pierwsza Księga Mojżesza118, rozdział 34, nikczemne łajdactwo patriarchy Jakuba względem Chamora, króla Salem, i jego ludu119, czego dopuszczono się tylko z tego powodu, że ci ludzie byli niewiernymi. Jest to najgorsza strona wszelkich religii, że wyznawcy jednej uważają sobie za dozwolone wszelkie wykroczenia względem wyznawców innej i dlatego z niesłychanym okrucieństwem pastwią się nad nimi — i tak mahometanie nad chrześcijanami i hindusami, a chrześcijanie nad hindusami, mahometanami, ludami amerykańskimi, Murzynami, żydami, heretykami itd.

Może jednak posuwam się za daleko, mówiąc: wszystkie religie; gwoli120 prawdy muszę dodać, że okrucieństwa wynikające z fanatyzmu znane nam są tylko z dziejów religii monoteistycznych, a zatem żydowskiej i jej dwóch odnóg: mahometańskiej i chrześcijańskiej. Nic podobnego nie znamy w dziejach religii hindusów i buddystów. Wiemy, że buddyzm w V stuleciu naszej ery został wyparty przez braminizm z swej pierwotnej ojczyzny, Półwyspu Indyjskiego, i stąd rozszerzył się na całą Azję; nie wiadomo nam jednak nic o gwałtach i prześladowaniach, które by temu towarzyszyły. Być może, że należy to położyć na karb mroków przeszłości, w jakich pogrążona jest historia owych krajów, jednak łagodny i tkliwy charakter tych religii, głoszących wciąż litość dla wszelkiej istoty żyjącej, jak też i okoliczność, że braminizm z powodu kastowości nie dopuszcza prozelityzmu121, każą przypuszczać, że wyznawcy ich nie pławili się we krwi i nie bezcześcili swej religii mordami. Spence Hardy122 w swym znakomitym dziele Eastern Monachism na str. 412 chwali tolerancję buddystów i dodaje, że dzieje buddyzmu dostarczają mniej przykładów prześladowań religijnych aniżeli dzieje jakiejkolwiek innej religii. W istocie nietolerancja może być tylko częścią składową monoteizmu; jedyny bóg jest bogiem zazdrosnym, który nie znosi obok siebie innych. Politeizm natomiast jest z natury rzeczy tolerancyjny; bogowie obok swych kolegów tolerują bogów cudzych, których nawet gościnnie przyjmują w swe grono i udzielają im prawa obywatelstwa, jak nam to wskazuje przykład Rzymian, którzy chętnie przyjmowali i czcili bogów frygijskich123, egipskich i innych. Dlatego tylko w dziejach religii monoteistycznych spotykamy wojny i prześladowania religijne, sądy kacerskie, inkwizycję, niszczenie obrazów i posągów, burzenie świątyń indyjskich i kolosów egipskich, które przez kilka tysiącleci patrzały w słońce, a to wszystko w imię rozkazu: „Nie będziesz miał bogów cudzych” itd.

Lecz wracając do rzeczy, zupełnie słusznie powołujesz się na silny zmysł metafizyczny człowieka; religie jednak nie tyle zdają się mieć na celu zaspokojenie tej potrzeby, ile jej nadużycie. Widzieliśmy bowiem, że ich skuteczność etyczna jest co najmniej wątpliwa, szkody natomiast i klęski wynikające z religii są oczywiste. Inaczej rzecz się przedstawi, gdy religie będziemy pojmowali jako podpory tronów, gdyż skoro te ostatnie bywają nadawane „z Bożej łaski”, siłą rzeczy mają ścisły związek z religią. Każdy roztropny panujący, który kocha swój tron i dynastię, będzie przyświecał swemu ludowi przykładem prawdziwej pobożności; nawet Machiavelli124 w 18 rozdziale gorąco zaleca pobożność swemu księciu. Prócz tego można by powiedzieć, że religie objawione stoją w takim stosunku do filozofii, jak prymat królów z bożej łaski do prymatu ludu; dlatego oba pierwsze człony tego równania są sobie pokrewne z natury.