Wysłuchał ich Choni i rzekł:
— Zabierzcie z podwórzy pesachowe piece54 i zanieście je do domu, żeby się nie zniszczyły.
Stanął Choni do modlitwy. Modli się i modli, ale nic nie pomaga. Deszczu jak nie ma, tak nie ma. Kreśli wtedy Choni koło, staje w jego środku i woła:
— Panie świata! Twoje dzieci zwróciły się do mnie z próśb żebym wybłagał u Ciebie deszcz. Uważają mnie bowiem za bliskiego Tobie człowieka, niemal za Twego domownika. Przysięgam, że dopóty nie ruszę się z tego koła, dopóki niej zlitujesz się nad nami.
I oto zaczyna z nieba kropić. Padają rzadkie krople. Powiadają wtedy do niego uczniowie:
— Rabi, twoja osoba trzyma nas przy życiu, ale wydaje się nam, że te kilka kropli deszczu spadło tylko po to, by uwolnić cię od przysięgi.
Podniósł wtedy Choni oczy ku niebu i powiada:
— Boże, nie o krople się modliłem, ale o prawdziwy deszsz. O taki deszcz, który wypełniłby wodą wszystkie studnie, wszystkie doły i rowy. Wszystkie groty i jaskinie.
I wnet zaczęło lać z nieba jak z cebra. I każda kropla tego deszczu była wielkości jednej kwarty.
Przystępują do niego znowu uczniowie i tak powiadają: