Pewien rzymski cesarz, zaciekły antysemita, w jakiejś rozmowie ze swoimi ministrami na temat Żydów zadał pytanie:

— Jak myślicie, co powinien uczynić człowiek, którego zraniona noga zaczęła gnić i grozi zakażeniem całego organizmu? Czy ma ją amputować i ocalić w ten sposób swoje życie, czy też ma nie zgodzić się na amputację?

— Rzecz jasna — odpowiedzieli zapytani — że powinien ją amputować. Życie jest ważniejsze.

Wtedy odezwał się minister mający przyjazny stosunek do Żydów:

— Po pierwsze, nie uda ci się zgładzić wszystkich Żydów za jednym zamachem. Oni bowiem są rozproszeni po całym świecie. Po drugie, nie przystoi taka rzecz naszemu cesarstwu. Co na to powie świat?

— Może i masz rację — powiedział cesarz — ale za to, że sprzeciwiłeś się władcy kraju, należy cię wtrącić do wapiennego pieca.

I zaraz zaprowadzono go do więzienia. Po drodze usłyszał, jak pewna matrona, jedna z owych szlachetnie urodzonych kobiet Rrzymu, które po kryjomu przyjęły wiarę żydowską zawołała:

— Biada statkowi, który odłypwa od brzegu bez uiszczenia opłaty!

Więzień zrozumiał sens jej zawołania i własnymi rękoma dokonał na sobie obrzezania.

— Opłatę już uiściłem — powiedział, kiedy prowadzono go na stos, na którym miał spłonąć. — Teraz statek może odpłynąć.