A kiedy kareta zajechała przed fronton548 pałacu, stał tam w oczekiwaniu na nią, w asyście licznych dworzan i sług, człowiek ubrany w iście królewskie szaty. Królowa Saby była pewna, że ma przed sobą sławnego króla Salomona. Rozkazała woźnicy zatrzymać karetę i do asystujących jej ludzi powiedziała:

— Schodzę z karety, aby królowi tego kraju złożyć pokłon.

Zeszła z karety i w ślad za nią jej świta. Wtedy podszedł do niej Beniahu i zapytał:

— Dlaczego, królowo, wyszłaś z karety?

— Zeszłam po to, aby tobie, królowi Salomonowi, złożyć pokłon.

— Królowo Saby, bądź łaskawa wrócić do karety. Przed tobą stoi nie król Salomon, ale jeden z jego licznych sług.

Królowa weszła więc z powrotem do karety, a do swojej asysty tak powiedziała:

— Nim zobaczyliśmy lwa w całym jego dumnym majestacie, przyszło nam najpierw ujrzeć jego legowisko i nim ujrzeliśmy samego króla Salomona, zobaczyliśmy jednego z jego licznych sług. A był nim piękny mężczyzna. Piękniejszego w życiu nie widziałam.

Beniahu podał jej rękę i poprowadził do pałacu. Na wieść, że królowa Saby zajechała do pałacu, Salomon udał się do sali tronowej, aby ją przywitać.

Królowa Saby weszła tam i na widok cudownego tronu zaniemówiła z wrażenia. Wydało się jej, że król na swoim tronie jakby płynął po wodzie. Toteż nic dziwnego, że cichym głosem, jakby do siebie, powiedziała: