Król wyraził zgodę, po czym zamknął drzwi, opieczętował je i wrócił do pałacu. Kapłani zaś, zgodnie z dotychczas stosowaną praktyką, weszli ze swoimi żonami i dziećmi podkopem do świątyni, zjedli i wypili to, co zostało złożone w ofierze Baalowi. Ich radość nie miała granic.
— Jutro — śpiewali i krzyczeli — Daniel zginie. — Chciał nas wykończyć, ale sam będzie wykończony. Chciał zachwiać wiarę króla w Baala, a tymczasem jeszcze bardziej ją umocni.
Następnego dnia jednak sprawa przyjęła zupełnie inny obrót. Król, jak to było uzgodnione, przyszedł z Danielem do świątyni Baala. Stoi na progu, patrzy, drzwi są zamknięte i pieczęć nienaruszona. Otwiera kluczem drzwi i widzi, że ołtarz jest pusty.
— Zaiste, żywy jesteś Baalu! Naprawdę jesteś bogiem i fałszu w tobie nie ma.
Słysząc te słowa, Daniel tylko się uśmiechnął. Zatrzymał króla na progu i powiedział:
— Popatrz dobrze, a zobaczysz ślady stóp ludzkich na podłodze. Wyraźnie widać ich odbicie w popiele. Jak myślisz, do kogo mogą należeć?
— Święta prawda — rzekł król. — Widzę ślady zarówno ludzi dorosłych, jak i dzieci.
— Zawołaj więc kapłanów i przeprowadź dochodzenie. Niech to wytłumaczą.
A kiedy kapłani wraz z żonami i dziećmi zgromadzili się w świątyni, król oświadczył im:
— Powiedzcie prawdę i tylko prawdę, bo to się może źle skończyć.