Tymczasem w celi mąż postanowił opowiedzieć Zemirze cały swój, tym razem nie skłamany, życiorys. Brzmiał on tak:
— Niech moje dotychczasowe życie posłuży ci za naukę, za morał i za wskazówkę, jak wychować naszego syna na bogobojnego i prawego człowieka. Jeśli wyciągniesz z moich doświadczeń właściwe wnioski, to uniknie on losu swego ojca. Miałem 15 lat, kiedy umarła mi matka. Byłem dla niej wszystkim. Kochała mnie miłością bez granic. Wychowywała mnie na pobożnego, prawego i uczciwego człowieka. Ojciec był oficerem w wojsku i rzadko przebywał w domu. Po śmierci matki znowu się ożenił. Macocha z miejsca mnie znienawidziła. Nie przestawała znęcać się nade mną. Nie mogłem wytrzymać w domu. Zacząłem szukać kolegów w środowisku takich samych jak ja prześladowanych sierot. Zaprzyjaźniłem się z nimi i do domu nie wracałem, chyba że już byłem straszliwie głodny i musiałem wziąć od ojca trochę pieniędzy. Wtedy macocha podbechtywała680 go, aby mnie ukarał, bom wszedł na złą drogę, bo zadaję się z podejrzanymi typami, bo piję itd. Ojciec zaczynał mnie wtedy okrutnie bić. Groził, że mnie wyrzuci na ulicę, jeżeli nie zerwę z moimi kolegami. Ja zaś mocno się do nich przywiązałem.
Strach przed ojcem był jednak wtedy u mnie większy niż przyjaźń z kolegami. Siedziałem w domu, bojąc się nawet wystawić nos za drzwi. Ale macocha widząc mnie stale w domu, jeszcze bardziej zaczęła mi dokuczać. Postawiła przed ojcem żądanie: „Albo on zostaje w domu, albo ja”. I ojciec wybrał. Ja musiałem opuścić dom. Wróciłem do moich kolegów. Oni mieli w nosie króla i jego rozkazy. Gwizdali na ład i porządek ustanowiony przez władzę w kraju. Zorganizowali się w bandę, urządzali zasadzki i napadali na bogatych kupców, bogatych właścicieli domów itd. Zaproponowali mi, żebym się do nich przyłączył. Z początku odmówiłem. Koledzy zostawili mnie i sami poszli w góry, aby tam dokonywać napadów. Zostałem sam w mieście. Głód zaczął mi dokuczać. Zatęskniłem do kolegów. Poszedłem ich szukać. Z dumą pokazali mi swoje łupy. Przystąpiłem do bandy. Wkrótce zacząłem się wyróżniać w napadach. Wybrali mnie na swego herszta. Dla zamaskowania moich czynów zapuściłem długie włosy i udawałem mnicha. Jako taki nie budziłem u ludzi podejrzeń. Mogłem przeprowadzić doskonałe rozeznanie obiektów do napadu. Mogłem ustalić domy i porę rabunku.
I oto dowiedziałem się, że w domu twego ojca jest dużo złota i srebra. Zjawiłem się więc z myślą o dokonaniu rabunku. Wtedy spotkałem cię przy grobowcu matki. Opowiedziałem ci zmyśloną historię, że jestem mnichem i uciekam wraz z kolegami przed siepaczami króla Heroda, który rozkazał zgładzić wszystkich mnichów w kraju. Ty ulitowałaś się nade mną, udzieliłaś mi schronienia w grobowcu, dałaś mi cały worek żywności dla moich kolegów i na dodatek wręczyłaś mi swoją bransoletkę. Dałem wówczas słowo, że twego ojca nie obrabuję. I kiedy siedziałem w kryjówce, przyszedł do mnie w nocy jeden z kompanów i zameldował, że niedaleko na drodze prowadzącej do domu twego ojca pojawił się wóz, w którym siedzą trzy osoby na oko bardzo bogate. Za wozem ciągnie duża karawana wielbłądów obładowanych workami złota i srebrem. Natychmiast poderwałem moich ludzi i napadliśmy na karawanę. Zagrabiliśmy cały majątek tych ludzi. Spytałem właściciela, dokąd to jedzie z rodziną. Dowiedziałem się, że nazywa się Uziel, że jedzie z żoną i synem Awinadabem, który ma poślubić Zemirę, córkę Jonadaba, to znaczy twego ojca, a jego przyjaciela z lat młodości. Na wieść, że on ma ciebie poślubić, ogarnęła mnie jakaś dzika zazdrość. Nie namyślając się długo uprowadziłem ojca, matkę i młodzieńca do Filistynów681 i sprzedałem ich jako niewolników.
Gdy wróciłem do kompanów, podzieliliśmy się łupem. Ja wówczas oświadczyłem, że zrywam z profesją rozbójnika i wracam do rodziny. Rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Skierowałem kroki do domu twego ojca. Przedstawiłem się jako oczekiwany Awinadab syn Uziela z Hebronu. Wkrótce odbyło się nasze wesele. Słuchając mądrych słów twego ojca i widząc jego szlachetne i sprawiedliwe postępowanie, zacząłem mieć wyrzuty sumienia. Postanowiłem odbyć pokutę. Zacząłem się żarliwie modlić do Boga, aby odpuścił mi popełnione grzechy. Odprawiałem posty, umartwiałem ciało, a jednocześnie wyzwalałem, gdzie się dało, niewolników i rozdawałem pieniądze ubogim. Moje grzechy jednak były zbyt straszne, abym mógł spokojnie spać. Jeśli na chwilę zamykałem oczy, natychmiast widziałem koszmarne obrazy. Zapragnąłem umrzeć. I stało się. Dzień śmierci nadchodzi. Skazali mnie na karę śmierci przez powieszenie, dlatego, kochana moja żono, proszę cię, abyś się ode mnie odwróciła. Moje grzechy są tak straszne, że nawet śmierć nie zdoła mnie z nich oczyścić.
Zemira nie przerywała mu, a kiedy skończył zaczęła go pocieszać.
— Nie uważaj się za skończonego złoczyńcę! Nie trać nadziei na uzyskanie rozgrzeszenia od Boga. Człowiek, który nawet czuje nóż na gardle, nie powinien zwątpić w Boga. Do końca powinien się modlić. Bóg jest miłosierny. — Słowa Zemiry podniosły go na duchu.
— Gdybym wiedział, że Uziel i jego syn Awinadab jeszcze żyją, to bym uciekł z więzienia i odszukał ich. Wykupiłbym ich z niewoli albo zamiast nich oddałbym siebie w niewolę.
— Gdyby Bóg sprawił cud i zostałbyś uwolniony, ja bym cię samego nie zostawiła. Poszłabym razem z tobą szukać matki Awinadaba, aby ją wyzwolić lub z nią się zamienić.
Widzenie dobiegło końca. Wszedł dozorca, który oświadczył: