Obudziwszy się ze snu, król polecił natychmiast zdobyć takie cytrony. Urzędnicy króla przeszukali wszystkie zacumowane w porcie statki handlowe. Sprawdzili wszystkie sklepy w miastach i nie znaleźli. Zupełnie przypadkowo jeden z poszukujących urzędników natknął się na siedzącego w kącie statku naszego dobroczyńcę. Widząc przy nim worek, zapytał go, czy ma coś.

— Jestem — odpowiedział — człowiekiem biednym i nie mam nic do sprzedania.

Urzędnik kazał mu otworzyć worek. Na widok cytronów zapytał, co to za owoce.

— To są cytrony, nad którymi Żydzi odmawiają błogosławieństwo w Święto Szałasów.

Usłyszawszy to, urzędnik polecił swoim pomocnikom zanieść worek do pałacu królewskiego. Król spożył cytrony i zaraz potem wyzdrowiał. Z wdzięczności za uzdrowienie polecił napełnić opróżniony worek złotymi denarami878 i wręczyć go naszemu biedakowi. Na odchodnym król zapytał go, czy ma jeszcze jakieś życzenie.

— Owszem — odpowiedział biedak — spraw, żeby ci, którym sprzedałem moje mienie, zwrócili mi je za odpłatą. Zapłacę im złotymi denarami, które ty, królu, mi dałeś. Ponadto chciałbym, żeby wszyscy mieszkańcy mego rodzinnego miasta wyszli mi na powitanie.

Król wydał rozkaz, żeby tak się stało. Kiedy biedak miał dopłynąć statkiem do miasta, wysłannicy króla głośnymi okrzykami wezwali ludność do wyjścia na jego spotkanie. Niedobry jego brat też wsiadł do łodzi. Nagle morze się wzburzyło i potężna fala uderzyła w łódź. Skąpy brat wraz ze swoimi dziećmi zatonął. Majątek jego przeszedł w ręce naszego dobroczyńcy.

Nieuzasadnione podejrzenie

Był rok straszliwej suszy. Ludzie dniem i nocą wypatrywali deszczu. Gdy wciąż nie padał, zwrócili się do rabbiego Tanchuma879, żeby ogłosił post i zarządził modły w intencji deszczu. Rabbi Tanchum dwukrotnie ogłaszał post i zarządzał modły, a deszczu jak nie było, tak nie było. Za trzecim razem zwołał ludzi i oświadczył, że każdy zamożniejszy Żyd powinien ofiarować biednemu jałmużnę. Ten przejaw dobroczynności z całą pewnością sprowadzi na ziemię deszcz. Posłuchał go jeden Żyd i poszedł do domu, żeby wziąć na ten cel pieniądze. Wyjął z kasy wszystkie, jakie miał, i wyszedł na ulicę, żeby rozdać je ubogim. Tu spotkał się oko w oko ze swoją rozwiedzioną żoną.

— Jeśli chcesz — powiedziała do niego — spełnić zbożny uczynek, to wspomóż mnie. Od dnia wydalenia mnie z twego domu nie znalazłam nic dobrego.