Kiedy Ezaw zbliżył się do drzewa, przy którym miał stać trzeci jeleń, ogarnęła go rozpacz. Jeleń zniknął jak kamfora. Zaczął krzyczeć wniebogłosy:
— Biada mi, nie pójdę przecież do ojca z pustymi rękoma.
Szybko więc jeszcze raz wyruszył w pole. Zdążył schwytać jeszcze jedną ptaszynę i udał się do Izaaka208. Przybył akurat w chwili, gdy Jakub opuszczał właśnie dom ojca z uzyskanym od niego błogosławieństwem. Ezaw wpadł do izby jak burza. Wszystkie ściany aż się zatrzęsły. Krzyknął na cały głos:
— Wstań, ojcze!
I wtedy w jednym mgnieniu przed oczyma Izaaka ukazał się straszny widok. Oto buchnął przed nim płomień ognia. Tak potężny i tak straszny, jak ogień buchający z piekła. Obok zaś stoi Ezaw i podkłada pod ogień coraz więcej drew.
I trwoga ogarnęła Izaaka. Z ust wyrwał mu się okrzyk:
— Kto ty jesteś?
— To ja, Ezaw, twój starszy syn.
— Kim więc był ten, który niedawno temu był u mnie i przyniósł mi te smaczne potrawy? Kim więc był ten, któremu udzieliłem błogosławieństwa?
— To ty powinieneś wiedzieć, tato!