W nienawiści swej do krasy i dzielności mały, zły człowieczek nakreślił czarodziejskie głoski, odmówił zaklęcia, zważył bieg Oriona i Lucifera i rzekł:

— Żyjcie w weselu, mili panowie; tej nocy zdołacie ich pochwycić.

Zaprowadzili go przed króla.

— Panie — rzekł czarnoksiężnik — każ, niech twoi łowczowie założą smycze ogarom i okulbaczą konie; oznajm, iż siedem dni i siedem nocy będziesz żył w boru na łowach. Możesz mnie powiesić na widłach, jeśli tej nocy jeszcze nie usłyszysz, jakie pogwarki wiedzie Tristan z królową.

Król wbrew sercu usłuchał. Skoro noc zapadła, zostawił łowczych w lesie, wziął karła za siebie na siodło i wrócił do Tyntagielu. Przez wiadome sobie wejście wszedł do sadu, karzeł zaś zaprowadził go pod wielką sosnę.

— Miły królu, trzeba ci wejść na gałąź. Zabierz z sobą łuk i strzały: zdadzą ci się może. I sprawuj się cichutko: nie będziesz czekał długo.

— Idź precz, psie Nieczystego! — odparł Marek.

I karzeł odszedł, uprowadzając konia.

Prawdę powiedział: król nie czekał długo. Tej nocy błyszczał jasny i piękny księżyc, ukryty w gałęziach król ujrzał siostrzeńca, jak skacze przez ostre pale. Tristan przyszedł pod drzewo i rzucił w wodę wióry i gałązki. Ale kiedy rzucając je, nachylił się nad źródłem, ujrzał odbity w wodzie obraz króla. Ach, gdyby mógł zatrzymać pomykające gałązki! Ale nie, biegną chyżo przez sad. Tam, w komnatach niewieścich, Izolda śledzi ich zjawienie: już bez ochyby widzi je, nadbiega. Niech Bóg ma kochanków w swojej pieczy!

Nadchodzi zwinna a ostrożna wszelako, jako zwykła. „Co to takiego? — pomyślała. — Czemu Tristan nie wybiega dziś wieczór na spotkanie? Czyżby spostrzegł jakiego nieprzyjaciela?”