— Nie, panie Tristanie, nie puszczaj się na to niebezpieczne poselstwo; pójdę za ciebie, znam dobrze mieszkańców zamku.
— Daj pokój, miły ojcze Ogrynie; królowa zostanie w pustelni; skoro noc zapadnie, pójdę z koniuszym, który będzie mi strzegł konia.
Skoro ciemności zapadły na las, Tristan puścił się w drogę z Gorwenalem. Przy bramach Tyntagielu opuścił go. Na murach strażnicy grali pobudkę. Wślizgnął się w rów i przemknął przez miasto z niebezpieczeństwem życia. Okroczył, jak niegdyś, ostre palisady, ujrzał cembrowanie z marmuru, źródło i wielką sosnę i zbliżył się do okna, za którym król spał. Zawołał go łagodnie. Marek obudził się.
— Ktoś jest, kto mnie wołasz w nocy, o takiej godzinie?
— Panie — odparł Tristan — przynoszęć pismo, zostawiam je tutaj, na kracie okna. Każ przywiązać odpowiedź do gałęzi Czerwonego Krzyża.
— Na Boga, miły siostrzeńcze, czekaj!
Rzuca się na próg i po trzy razy woła w noc ciemną:
— Tristanie! Tristanie! Tristanie, synu mój!
Ale Tristan uciekł. Dopadł koniuszego i lekkim skokiem dostał się na siodło.
— Szalony — rzekł Gorwenal — śpiesz się, umykajmy tą drogą.