Przechodził mimo rybak odziany w burkę z kosmatej siermięgi, z wielkim kapturem. Tristan widzi go, czyni znak, bierze go na ubocze:
— Przyjacielu, chcesz zamienić się ze mną na suknie? Daj mi swój płaszcz: udał mi się wielce.
Rybak spojrzał na suknie Tristana, wydały mu się lepsze niż własne, wziął bez wahania i odszedł szybko, szczęśliwy z zamiany.
Wówczas Tristan wystrzygł piękne jasne kędziory tuż przy głowie, jakoby w znak krzyża. Pociągnął twarz płynem z magicznego ziela, które miał ze swego kraju, i natychmiast kolor i wygląd twarzy odmieniły się tak osobliwie, iż żaden człowiek w świecie nie zdołałby go poznać. Wyrwał z żywopłotu gałąź kasztana, uczynił z niej maczugę i zawiesił ją na szyi; po czym boso ruszył prosto do zamku.
Odźwierny myślał, iż pewnie to jest szalony, i rzekł:
— Zbliż się; gdzieżeś to przebywał tak długo?
Tristan zmienił głos i odparł:
— Na weselu opata z Mont, mego kmotra. Ożenił się z przeoryszą, tłustą damulką w kwefie. Z Besançon aż do Mont wszyscy księża, opaci, mnichy i klerycy zjechali się zaproszeni na weselisko; wszystko, co tylko nosi kostur i pastorał, skacze, igra i tańczy w cieniu wielkich drzew na równinie. Ale opuściłem ich, aby przybyć tutaj: mam bo dziś usługiwać u stołu króla jegomości.
Odźwierny rzekł:
— Wejdź tedy, panie, synu Urgana Włochatego; jesteś wielki i kosmaty jak on, i dość podobny do ojca.