Z pamiętników bezrobotnych. Pamiętnik nr 27
Robotnica niewykwalifikowana zamieszkała w Częstochowie
Po przeczytaniu świątecznego numeru „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”1 uczułam wielką radość, nie na myśl znacznej nagrody (bo nie mój talent zdobywać nagrody), lecz na myśl, iż będę mogła przed kimś wynurzyć swój ból, że będę mogła opisać swoją niedolę i swej rodziny i będzie łaskawie czytał ktoś bardzo mądry i wykształcony, wreszcie, że będę mogła jak na spowiedzi opisać aż od dzieciństwa swą nędzę...
A więc zaczynam.
Mam lat 24, lecz wyglądam na znacznie mniej, może skutkiem niedostatku, bo dostatku nigdy nie miałam, gdy myślą zagłębię się w przeszłość, to widzę wieczny brak chleba i nawet kartofli. Pamiętam, miałam może lat 9, gdy ukradkiem brałam po jednym kartoflu od sąsiadki, ażeby mi mama ugotowała, bom była2 ich bardzo spragniona. Mama wciąż gotowała tylko jakieś zmarznięte korpiele3. Pamiętam, jak pragnęłam chleba... jak na tydzień, za uproszone swe grosze, matka mi kupowała ćwierć funta4 chleba, to jadłam go jak ciastko i tak mnie dzieliła nim, ażeby starczyło na tydzień. Pamiętam zabiegi matki o wyżywienie mnie, byłam jedna, a było nas pięć, tylko wymarła reszta. Ojciec bez serca nie dbał o żonę ani o dzieci, tylko wyjechał w świat do Prus za robotą, a gdy ją dostał, to nie dawał znaku o sobie, a matka pozostała się5 i męczyła z dziećmi. Pamiętam, jak siostra, mając lat siedem, umarła na tyfus brzuszny6, a w tydzień po niej umarł mały trzyletni braciszek, i tak marło jedno po drugim. Cudem ja się utrzymałam przy życiu, chociaż z dziećmi chorymi spałam, gdyż nie było innego łóżka, a matka moja musiała chodzić błagać i płakać o pomoc jakąś, bo nie miała pieniędzy na pogrzeby. A ojciec nigdy żadnym listem nie spytał się o swe dzieci, a gdy po paru latach dowiedział się, że umarły, nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. A później matka mnie dała na służbę (szkoły nie znałam). Nie będę już opisywać męki, jaką tam przechodziłam, a matka żyła, jak mogła, z litości ludzkiej: oto jest dawna przeszłość, streszczona pobieżnie, a teraz opiszę swe dzieje z niedalekiej przeszłości.
Matka dostała się do fabryki „Szpagaciarni”7 w Częstochowie, pracowała jakiś czas bez przerwy, lecz później coś niedokładnie zrobiła, wyrzucono ją z fabryki, znowuż była nędza, bo nie było pracy, lecz gdy ja rozpoczęłam 15. rok życia, poszłam, by mnie przyjęto do tej samej fabryki na miejsce matki. Nie chciano mnie przyjąć, zwodzono mnie z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, lecz gdy mi głód zaczął dokuczać coraz więcej8, gdy poszłam, a było duże przyjęcie i mnie nie przyjęto, weszłam na poczekalnię, aby się rozgrzać. Wtedy przyszły mi na myśl te moje dni przestane na mrozie i zawiei i wszystko na próżno... przypomniała mi się ta nędza w domu, wybuchłam wtedy płaczem długim, niedającym się powstrzymać, i cała skarga moja na życie, na złą dolę płynęła w tych łzach, lecz z poczekalni porozchodzili się wszyscy, nie było nikogo. Po chwili przyszedł jakiś młody chłopiec, widocznie ślusarz z tej fabryki, bo poznać było można po ubraniu robotniczym, przystanął koło mnie, ja zawstydziłam się swoich łez i chroniłam, jak mogłam, on się pyta: „Czego pani płacze?”. Ja mu zaczęłam mówić o mych staraniach za pracą. Wysłuchawszy mnie, poleciał w plac fabryczny, ja nadal płakałam, lecz on za chwilę stanął przede mną z głównym pisarzem, który zapisywał do pracy, i sam opowiedział mu powód mego płaczu. Ten pisarz zabrał mnie do kantoru i tam zapisał mnie do pracy za dniówkę na tkalni, na drugi dzień mogłam przyjść do pracy. Och, jakże byłam szczęśliwa z tej kartki, którą otrzymałam jako zaświadczenie, że przyjęta zostałam. Chciałam podziękować tak dobremu chłopcu, którego wzruszyły moje łzy... i dola moja... i poszedł, i prosił za mnie, ażeby mnie przyjęto, za dziewczyną, która mu była obca i obca na zawsze pozostała, bom już go nigdy nie widziała, więc ja pędziłam jak szalona do domu z tą kartką nieść matce radosną nowinę.
Zostałam przyjęta i pracowałam. Później, za jakiś rok czasu, matka dostała się do pracy na „Częstochowiankę”9. Pracowałyśmy jakiś czas obie, lecz po trzech latach nastąpiła redukcja pierwsza w „Szpagaciarni” w roku 1925 i mnie zredukowano, później w roku 1928 zredukowano i matkę z „Częstochowianki”, pozostałyśmy od tego czasu bezrobotne. Ojciec mój w 1919 r., wziąwszy kochankę, osiadł z nią na stałe w Mysłowicach na Śląsku. Ojciec mój w początkach przyjeżdżał czasem do matki, może, że matka go kochała, bo pomimo krzywd, jakich doznała od ojca, zapragnęła dziecka... W 1926 r. przyszedł na świat chłopczyk drobny, mizerny, na dziecku się odbiły w łonie jej zgryzoty, które wtenczas przechodziła. To należy do niedawnej przeszłości, a teraz teraźniejszość: bolesna, smutna, ale prawdziwa. Lęk przed wyrzuceniem z mieszkania zawisł nad naszymi głowami, gdyż mieszkania nie płacimy dwa lata, więc „gospodyni” zaskarżyła do sądu, który ma wyjść w kwietniu. Mieszkanie zajmujemy maleńkie z kuchnią, tak że łóżko stoi na szerokość mieszkania, mieszkanie jest szerokości łóżka, zimno jest spać, gdyż okno duże umieszczone jest w ścianie przy łóżku i drzwi są blisko łóżka, przy tym jest bardzo zimne mieszkanie, gdy silny mróz na dworze, to woda nam marznie w kubełku. Płaciliśmy za niego 5 zł miesięcznie i roczny podatek 9 zł, lecz teraz nie płacimy ani jednego, ani drugiego. Matka ma lat 45, latała wciąż za pracą do magistratu10, aż w końcu września dostała pracę na dwa dni na szosy. Ucieszyłyśmy się z tego bardzo, bo już nie było za co żyć, więc wysprzedawałyśmy, co mogłyśmy z odzieży, na pościel, gdy były trzy obleczenia11, sprzedane zostały dwie powłoki, a jedna się została. Lecz na nic nasza uciecha z pracy, bo pomimo skąpienia i dzielenia chleba (chleb dzieliłyśmy w ten sposób, ażeby pół kilo starczyło na cały dzień na trzy osoby), jednak nie mogły my wyżyć za 8 zł na tydzień, zawsze nam brakło w czwartek pieniędzy i rób człowieku, co chcesz, nie było co jeść. Lecz poszła matka do paru osób prosić o kartki na obiady, które wydawano zupełnie bezrobotnym, znalazła się jednak litościwa osoba, co nam udzieliła kartek na trzy obiady. Matka miała daleko chodzić do pracy i ja też miałam daleko chodzić po obiady, trzeba było wychodzić wczas12, bo było bardzo dużo ludzi, wychodziłam więc o ósmej rano, a przychodziłam o trzeciej. Obiady rozpoczynali wydawać o dwunastej godzinie, lecz gdy się szło późno, to brakło. Najwięcej ucierpiał mój braciszek pięcioletni, jest on dzieckiem słabym, mało rozwiniętym, lecz bardzo ładny. Nie miałam go gdzie zostawić, gdy matki nie było, to brałam go, lecz męką było dla tego dziecka iść, on słaby, nie mógł szybko mi nadążyć, a ja musiałam się śpieszyć, więc ciągłam13 go za rączkę, a on płakał przez drogę, że słaby, bo też i nie miał po czym być mocny. Mleka, co najbardziej ożywczym produktem jest dla dziecka, to prawie że nie miał. Przykro mi nieraz słuchać tego dziecka, jak się skarży, że nie ma mleka, jak prosi: „Chociaż za pięć groszy kup, mamo, mleka” i pyta się nieraz: „Mamo, czemu inne dzieci piją mleko?”, a matka odpowiada: „Bo mają ojca, a ciebie on porzucił!”. Och, bardzo podły ten nasz ojciec, obcy ludzie litują się nad tym dzieckiem i nade mną, a ojciec nigdy, z kochanką ma dwoje dzieci, to troszczy się o nie i pracuje, i żyją w dobrobycie. Zaprawdę, mój ojciec jest nie człowiekiem, gdy potrafił porzucić swe dzieci, jak to czynią niektóre zwierzęta, i nic go nie wzruszą moje listy pisane do niego we łzach ze śladami łez na białych kartkach listu... nic go nie wzruszy, nie wzruszył ojca nawet wiersz, który ułożyłam do niego. Nie wiem, czy jest „dobry”. Ten wiersz jest on następującej treści:
DO MEGO OJCA
Nieraz tak myślę; dlaczego ja z dala — O drogi Ojcze! od ciebie...
Co za burzliwa życiowa fala — Nas odsunęła od siebie...