parzysz lipę. Dodajesz teraz miodu, łykam twoją ślinę.

Zero mapy

Pled pod plecy zamiast posłania, szereg posłań — na żadnym nie

możemy odpocząć — nabijamy w butelki — fala je znosi na rafy przy końcu

układu. Można jedynie wyjść na balkon i zmierzyć się z realną odległością

od ziemi.

Miało być życie z zamorskich opowieści, marynistyczne obrazki,

które kołyszą przed upojnym zaśnięciem. Miłość w obszernej kajucie

z najgustowniejszym jazzem zamiast szant, z musującą kropelką

prawdziwego szampana.