Ten pisk, syczący torturował precyzyjnie dźwiękiem nieznośnym

Jego głos, trzeszcząca dźwignia kości zginająca, kości zrywająca

Zasypcie grubą warstwą żwiru to gnojowisko smrodem oszałamiane

Wszystko od niego ucieka, nawet on od siebie ucieka lękliwie

To gardło jest tu tak zwężone, nie ma przełykania i oddychania

Nie wbijesz w to rurki, by uratować mu życie, by mu uratować śmierć

by uratować jego pieśni charczące przed każdorazową destrukcją

po szepnięciu jednostajnym, od razu niszczone są przez połykających

To najmniejsze terytorium bóstw zapomnianych w starych mitologiach

Zaśpiewaj mi swą piosnkę zdolnego szambiarza uwikłanego w zagadkę