po tych ustach zdziwionych, oczekujących minuty solarium

Potłuczone żebra córki nieznośnej i syna z chorym sercem

Sikali ze strachu, gdy wracałem wieczorem do mego pałacu

Zniszczeni, płaczący, lizali swe rany po wybuchach słońca

Wpełzali pod meble włoskie z wyprzedaży zakupione

Byłem przekonany o swej nieśmiertelnej sile niszczącej

lecz pomału prawie niezauważalnie stawałem się słaby

Traciłem swe rumaki ciągnące mój rydwan spalony

ich kopyta jakoś tak tętniły w coraz większym oddaleniu

Zrzucony ze swego słonecznego powozu dotknąłem ziemi