na której już nikt nie zamieszkiwał, porzucona w pośpiechu

Zdychałem przez kilka lat, doczekawszy niepełnosprawności

Zachowałem swój jad ukryty między zmarszczkami na zapas

by starczyło do końca tego niszczenia wszelkich przejawów życia

Me mroczne panowanie i regulacja buntów żelaznym drągiem

zanikało jakoś i bladło, znikał mój ostry blask z powidokami

W domu starców nikt nie chciał się mną zajmować i doglądać

Każdy się mnie bał, opowiadałem im o mym niszczycielstwie

o tych zależnych i zaciemnionych, powoli wzrastających w cieniu

Opowiadałem, jak odchodził Faeton pierworodnie niszczony