Masy lodowcowe niosą ze sobą wielkie ilości śmieci i błota
Widzę jeszcze, rozpoznaję cyprysy szeleszczące, ścięte w sokach
Ulice nazwane imionami mych smukłych ofiar skręcają bardziej
Wielkie, puste ruiny zaglądają we mnie ciekawie, szukając nicości
lecz we mnie tylko przepełnienia zakończone moimi porządkami
Żywot tych materii portretowanych przedłużony przeze mnie
gniją one bez światła, bez wyciągnięcia się i drżenia na wietrze
gniją we mnie, nie znajdując pokoju, karłowacieją, burzą się pianą
Schody w głębiny zapraszają, wiją się, kruszeją pod stopami
W przymkniętych okiennicach pląsa lęk tłusty, wygląda z okna