ich krwotoki, sklejać tętnice przerwane w jednej chwili

ale białe oblicze wyniosłe unosiło się nad nimi

Tylko na pamiątkę zachowywałam ich wizerunki, portrety

portrety trumienne nieznanych żołnierzy, cichych rodzin

W zielonej, soczystej wilgocią dżungli schowana śmierć

której i tak nikt nie zauważy, nie osądzi, bezkarne me hobby

Król koki sprowadził mi nawet chłopca umiejącego wywoływać

zdjęcia w żółtych kuwetach, suszył je na ciepłym powietrzu

Wisiały te zdjęcia na sznurkach jak prania, drżały na wietrze

Zefir muskał je, kołysał te wizerunki, co litości nie doznały